Jesień w stanie Waszyngton
Tegoroczną jesień mieliśmy tu dotąd złotą, polską. Od kilku dni jednak deszcz i deszcz. Słota! Słota, jakie ładne słowo. Trochę buro, trochę zimno, ale jakoś tak przytulnie. Oswoiliśmy już nasz wynajęty dom, na tyle w każdym razie, ile to potrzebne. Do następnej przeprowadzki, ot, życie szaleńca. Tyle że już zawsze z własnymi gratami. Kiedy przyjechał transport z Polski, płakałam jak dzidziuś, tylko na wesoło. Nasze łóżko! Sztućce! Puszka na ciastka! Niektóre rzeczy zwiedzają już oto trzeci kraj. Są też i takie, co właśnie zatoczyły koło i wróciły do siebie. Czego mnie ten nowy dom nauczył? Zabijania pająków, także tych dużych. Nocnej ciemności za oknem, że oko wykol. Wjeżdżania do garażu z precyzją chirurga (czy 30 lat temu amerykańskie samochody były węższe? węższe niż ten nie bardzo szeroki mój? nie wierzę! to co w takim razie architekt miał na myśli?...). Co w nim lubię? Przestrzeń! Oddech! To że nic nie jest nigdzie wciśnięte (no, oprócz auta w garażu). Drewniane ...