Pięknych świąt!
Dotarłam do Polski! Wstaliśmy w niedzielę o nieprzyzwoitej godzinie 4ej rano (jak mówimy z koleżankami, takiej godziny powinno w ogóle nie być), dotarliśmy na lotnisko, a tu pierwszy klops - średnio uprzejma pani (nie lubię linii lotniczych United!) poinformowała mnie, że na lot z San Francisco do Nowego Jorku linie sprzedały za dużo biletów, więc póki co nie ma dla mnie miejsca w samolocie, ale kto wie, może będzie, także wszystko w porządku (tu: uśmiech). Życie, życie, nie tak że nie ono. Człowiek kupuje bilet za straszne pieniądze, stawia się na własny lot na czas (a wręcz sporo przed czasem), robi wszystko, jak ma robić, a pani się uśmiecha, że nie ma miejsca... Na nic się zdało tłumaczenie, że mężowi przydzielono już miejsce, na nic wyjaśnianie, że my musimy być w tym samolocie i nie wchodzi w grę, jak sugeruje pani, jakiś samolot późniejszy, bo my mamy przesiadki, musimy dotrzeć aż do Polski. Pani sprawdziła inne połączenia, pokręciła głową, nie ma miejsc. Jak zaczęto nam mydlić ...