Posty

Wyświetlanie postów z 2009

Pięknych świąt!

Obraz
Dotarłam do Polski! Wstaliśmy w niedzielę o nieprzyzwoitej godzinie 4ej rano (jak mówimy z koleżankami, takiej godziny powinno w ogóle nie być), dotarliśmy na lotnisko, a tu pierwszy klops - średnio uprzejma pani (nie lubię linii lotniczych United!) poinformowała mnie, że na lot z San Francisco do Nowego Jorku linie sprzedały za dużo biletów, więc póki co nie ma dla mnie miejsca w samolocie, ale kto wie, może będzie, także wszystko w porządku (tu: uśmiech). Życie, życie, nie tak że nie ono. Człowiek kupuje bilet za straszne pieniądze, stawia się na własny lot na czas (a wręcz sporo przed czasem), robi wszystko, jak ma robić, a pani się uśmiecha, że nie ma miejsca... Na nic się zdało tłumaczenie, że mężowi przydzielono już miejsce, na nic wyjaśnianie, że my musimy być w tym samolocie i nie wchodzi w grę, jak sugeruje pani, jakiś samolot późniejszy, bo my mamy przesiadki, musimy dotrzeć aż do Polski. Pani sprawdziła inne połączenia, pokręciła głową, nie ma miejsc. Jak zaczęto nam mydlić ...

Kolaż walizkowy

Obraz
Powoli się pakuję... Na zdjęciu widzimy dzisiaj kolaż walizkowy, czyli dla każdego coś miłego :) Upominki dla bliskich (do bliskich, rzecz jasna, zalicza się kot) są z tak różnych parafii, że aż prosiły się o zdjęcie: 1. Gumowa kaczka. Dziwnych jakoś kolorków nabiera w moim obiektywie, ale nie mogło jej zabraknąć - niemowlęta muszą po prostu mieć gumowe kaczki do kąpieli. 2. Krawat dla dziadka. Dziadka mam grubo po 80tce, w pełni sił. Od wiosny do jesieni dziadek jeździ rowerem na działkę, a emeryturę odkłada na swoje urodziny, które co roku wyprawia z rozmachem w restauracjach. W każde święta dajemy mu nowy krawat, zakłada go potem na różne okazje - jak tak myślę to po tych dziadkowych krawatach można by datować zdjęcia. 3. Miska dla kota. Kupiłam jej kiedyś taką na studiach - z powodu studenckich dziur budżetowych tylko jedną, no i proszę! Znalazłam tu ostatnio miski identyczne, moje kocie futro będzie miało komplecik. 4. Kalendarz dla mamy. Co roku kupuję dla nas takie same kalendar...

"śmierć nie będzie ważna tak jak to spotkanie"

Obraz
... i z tego samego wiersza księdza Jana Twardowskiego: Robiąc porządki, wróciłam dziś po nitce do kłębka... W nocy, po drodze do toalety, chciałam zmniejszyć ogrzewanie - a sięgając do pokrętła, strąciłam sobie na palec u nogi żelazko (całe szczęście zimne). Bolało jak diabli, pobolewa nadal, pewnym pocieszeniem jest jednak to, że dzięki szybkiej interwencji małżonka (lód) palec specjalnie nie spuchł i nawet dalej ludzko wygląda. Tak czy inaczej jestem dziś mało mobilna. Postanowiłam zatem wykorzystać ten rzadki, niemobilny stan, i zabrałam się za szafkę z dokumentami (o zgrozo). Organizując nasze dokumenty, natrafiłam na pamiątki mojego męża sprzed naszego ślubu - mój mąż z natury nie chomikuje niczego (miałybyście widzieć jego biurko w pracy! ma na nim: komputer, telefon, notes, długopis i chusteczki - i więcej nic), a jednak zachomikował, co zachomikować się dało. Znalazłam masę kopert "bąbelkowych" zaadresowanych do niego przeze mnie, znalazłam kartki, rysunki, liściki....

Idą święta!

Obraz
W związku z tym, że wyjeżdżamy z mężem do Polski 21. grudnia, a wracamy dopiero 4. stycznia (mąż) i 19. stycznia (ja), postanowiłam wprowadzić do domu świąteczny nastrój już teraz. Jakoś tak byłoby mi żal mojego domku, gdyby się biedny w ogóle nie przystroił na Boże Narodzenie :) Do udekorowania naszego wianka wykorzystałam kilka z tych ozdób, o których pisałam wcześniej (mamy jeszcze inne dzbanuszki, czajniczki, są skrzypce, jest nawet stolik z makowcem). Patrzę na niego znad laptopa i bardzo cieszy on moje serce (jak również nos, bo pachnie lasem). Na półce widać też święcę, którą palimy w adwencie, a w tle majaczy adwentowy kalendarz, który "oprawiłam" w ramkę :) Sprzęty mamy najprostsze, za to bombki z porcelany, docelowe - mam nadzieję, że w tym szaleństwie jest metoda! :) W ten wyjątkowy, adwentowy czas ciepło Was pozdrawiam - M. P.S. Chciałabym również powitać moje nowe Obserwatorki - bardzo się cieszę, że mogę Was gościć! P.S. 2 Do poprzedniego posta dopisałam wiersz...

Święto Dziękczynienia

Obraz
A w czwartek obchodziliśmy Święto Dziękczynienia! W domu rodzinnym mojego męża nigdy specjalnie nie przykładano do tego dnia wagi - moi teściowie pochodzą z Indii, przeprowadzili się tutaj po ślubie, gdy mieli po dwadzieścia kilka lat. I choć mąż wraz z resztą rodzeństwa urodził się już w Stanach i w Stanach się wychował, to nie wyniósł z domu wielkiej potrzeby świętowania takich dni jak ten. A jednak. Od kiedy jesteśmy małżeństwem, co roku po dwudziestym listopada, wraz z resztą narodu, gnamy do sklepu, aby zaopatrzyć się w składniki niezbędne do dziękczynnego świętowania. Na naszym stole pojawia się, co pojawić się powinno: jest sos żurawinowy, jest puree ziemniaczane z sosem, jest eggnog, są bataty, są kolby kukurydzy - i oczywiście jest pieczony drób! W naszym przypadku nie indyk - po pierwsze nie przepadamy, po drugie nasza dwuosobowa rodzinka jadłaby go chyba przez miesiąc. Dwa lata temu i w zeszłym roku jedliśmy pieczoną kaczkę. W tym roku upiekliśmy kurczaka, znowu z dwóch przy...

Kieszeń z gąbki i spodnie z kreszu, czyli materialne wspomnienia z dzieciństwa

Obraz
Mydło dało mi wczoraj do myślenia. Taka prawda: mam słabość do mydeł w ładnych opakowaniach - i do przypraw, i do herbat, i do dżemów... Kiedy przyleciałam latem do Polski, panowie celnicy przeszukali mi bagaż, bo prześwietlając walizki zauważyli coś niepokojącego... jakiś kształt uparcie się w nich powtarzał, wskazali mi go na monitorze, o, tu i tu, i tu - i tu. "Czy może nam pani powiedzieć, co to jest?". Po 20-godzinnej podróży nie mogłam (w ogóle po 20-godzinnej podróży intelektualnie mało mogę). Zamieszanie, otwieranie walizek. Miałybyście widzieć ich miny, kiedy oczom ich ukazały się opatulone w odzież... puste słoiki (po Bonne Maman, lubię ichnią konfiturę wiśniową). Mówię: "a to są, proszę panów, słoiczki na grzybki mojego taty" - oni nie mówią nic, a jednak ich wzrok mówi wszystko. W tym roku na Wielkanoc zaprosiliśmy z mężem do siebie koleżankę (tę, którą wcześniej odwiedzaliśmy w Kanadzie i tę, od której miś). Wspomnę szybko, że kilka dni wcześniej wrócił...

Jesień, a także: poszłam po... a wróciłam z...

Obraz
Wiele z Was pokazuje na swoich blogach jesienne zdjęcia - dziś zatem do tego zbiorowego jesiennego krajobrazu dorzucę swoje trzy grosze i ja :) Tak wygląda jesień koło mojego domu: Dorzucę jeszcze, że i ja stałam się dziś ofiarą (żeby to pierwszy raz!) przypadłości o nazwie: poszłam po... a wróciłam z... (udokumentowanej wcześniej na Waszych blogach). Ja poszłam po płatki śniadaniowe, a wróciłam z mydłem. No jak miałam nie kupić, spójrzcie same: Pachnie ładnie, świeżo, ale co Wam będę oczy mydlić ;) Opakowane w taką puszeczkę mogłoby równie dobrze pachnieć średnio, a wręcz całkiem nieciekawie :) Pozdrawiam serdecznie czytających i życzę Wam słonecznego weekendu, M.

Dla ludzi pochyłych niezbędny

Obraz
Kiedy byłam jeszcze w liceum, mój tata przyniósł do domu stosik gazet. Cieszyliśmy się nimi cały wieczór, przeglądaliśmy jak skarby największe! Moi rodzice, babcia i ja. Gazety te bowiem były z roku 1929! Akurat w roku 1929 moja babcia występowała w roli płodu :) Do naszych starych gazet wszyscy lubiliśmy czasem zaglądać, a największym sentymentem obdarzył je chyba przyjaciel babci, pan Bernard - kiedy gazety te wyszły cieplutkie z drukarni, on był już w miarę świadomym, kilkuletnim brzdącem. Mnie najbardziej urzekły w nich reklamy! Stare reklamy w ogóle bardzo lubię. Te są tak rozkoszne, że chcę się dziś nimi z Wami podzielić, mimo że posiadam jedynie obrazki szemranej jakości (będąc jeszcze w Polsce, zrobiłam niektórym stronom zdjęcia). Częstuję Was dziś zatem aparatem do korygowania nosa Zello Punkt (ostatnie zdanie jest jak dla mnie mistrzostwem świata), wodą do ust Aristodont (co to konserwuje zęby), proszkiem Regera (wszak sam pierze), odą do pazurków (...), a na deser - tytułowy...

Lo-lee-ta

Obraz
Pisząc tego posta, piję sobie kawkę milczkę, o jakiej można było dziś przeczytać w Zielonym Czółnie - dozgonnie jestem autorce wdzięczna za nadanie temu zjawisku nazwy :) Dzisiaj, moi mili goście, post nie będzie o domu, o zwierzakach, o miejscach, nie o marzeniach nawet - dzisiaj post będzie o książce! Gdybym miała wskazać jedną książkę, którą przeczytałam wiele razy, znam na wyrywki, co tam! w której godzinami (ze szczęściem w oczach) szukałam poszczególnych słów, a potem je liczyłam i układałam w schematy - mój wybór musiałby paść na "Lolitę" Vladimira Nabokova. "Lolita" jest, moim zdaniem, majstersztykiem (w każdym razie w wersji angielskiej, bo taką ją znam). Spędziłam z tą książką dwa miłe lata, stanowiła lwią część mojej pracy magisterskiej, mam do niej wielki sentyment. Nie oceniam zupełnie jej aspektu społecznego, bo ja filologię studiowałam, a nie socjologię :) Język, jakim jest napisana, jest niezrównany. I te gry słowne! "Lolita" jest jak taka...

Życie, życie, nie tak, że nie ono...

Obraz
Życie, życie, nie tak, że nie ono... Takie oto porażające intelektem powiedzonko stworzyłyśmy z koleżankami na studiach :) Dziś na tytuł posta pasuje jak ulał. Dokładnie tydzień temu dowiedzieliśmy się z mężem, że jednak nici z naszych planów przeprowadzki do Polski. Jak pisałam wcześniej, mój mąż miał pracować dla swojej firmy z domu, wszystko było na najlepszej drodze, a jednak, w ostatniej chwili, klops. Za uzasadnienie klopsa musi nam wystarczyć "jakieś takie osobiste pierwsze odczucie" pewnego pana, do którego, niestety, należało ostatnie słowo. Co tu dużo pisać... Do Polski przylatujemy na święta 21. grudnia, niby zgodnie z planem, a jednak całkiem inaczej. Wiedzieliśmy już, w jakim mieszkaniu stanęłaby nasza pierwsza własna polska choinka. Ba! Mieliśmy już na nią wszystkie ozdoby... A na zdjęciu w tym poście - okno (zauważone przeze mnie w Butchart Gardens, w pobliżu Victorii w Kanadzie, gdzie wybraliśmy się z mężem we wrześniu). Podobno kiedy Bóg drzwi zamyka, to otwi...

Wyróżnienie! I dlaczego za kotem tęskni się inaczej...

Obraz
Na zdjęciach widzimy Berusię, mojego kota panieńskiego, którego dwa lata temu musiałam zostawić w rodzinnym domu. Opowiem Wam dzisiaj, dlaczego za kotem tęskni się inaczej. No bo tak - na odległość można zrobić dużo... Można zaplanować ustawienie nowych mebli w kuchni rodziców. Można pogadać z synkiem koleżanki o jego nowej zabawce, a dziecko już nawet się nie zdziwi, że ciocia tak raz na żywo, a raz na ekranie... Bratu można pomóc napisać wypracowanie i wybrać nową szkołę. Można dzielić radość koleżanki z tego, że jest w ciąży, zaledwie minutę po tym, jak na teście wykwitnie jej czerwona kreseczka. A znowu inną koleżankę można obejrzeć z rosnącym brzuszkiem, zachwycić się dziecięcym łóżeczkiem i nowymi lampkami nad stołem, a pomartwić lekarzem nie takim jakimś, jaki miałby być... Można także ocenić, czy mamie do twarzy w nowym kapeluszu i czy płaszcz zostawić, czy może oddać. Na odległość można dużo, naprawdę. A jednak dla mojego kota na odległość nie mogę zrobić nic. Nasza zażyłość u...

Koronkowe parasolki

Obraz
A wczoraj był dzień porządków! I tak znalazłam w kącie dwie koronkowe parasolki, które postanowiłam Wam pokazać - w Waszym towarzystwie człowiek się nie boi, że padnie pragmatyczne pytanie: a po co ci koronkowa parasolka? (no bo niby po co? ;) Parasolka nabyta została pod samiuteńkim Murem Chińskim w kwietniu ubiegłego roku. Targował się o nią w moim imieniu mąż, pomagał nasz kolega (udawali, że się nie znają - metoda bardzo skuteczna). Było to na początku naszych 10 dni w Pekinie, później nauczyłam się targować i ja (z wydatną pomocą naszej kochanej koleżanki Egipcjanki, bo do targowania i w ogóle do gierek wszelakich ja się z natury nadaję średnio). W każdym razie do parasolki zapałałam uczuciem głębokim a nagłym, więc targowali, targowali i utargowali. Ha! Nie byłabym jednak sobą, gdybym przez cały ten czas nie wahała się, czy nabyć parasolkę w kolorze białym (jak większość moich domowych tekstyliów), czy może raczej kremowym (no bo też lubię). Parasolka kosztowała niewiele, więc mą...

Szaraczki

Obraz
A czy wiecie, drogie panie, że hamerykańskie wiewiórki są szare? Pisał o tym Stanisław Barańczak: I ja zaświadczam, że tutejsze wiewiórki rude nie są nic a nic! Koło naszego bloku jest ich zatrzęsienie :) Kiedy szłam wczoraj do sklepu alejką to dwie sztuki śmigały wesoło w trawie, a trzecia jadła orzeszka. Kilka dni temu widziałam jedną na drzewie podczas posiłku - wspięta na tylnych łapkach, przednimi obracała tego orzeszka jak mała futrzana maszynka... Mieszkamy tu już ponad dwa lata, a ja nie mogę się na te zwinne wiewióry napatrzeć. Wczoraj pomyślałam o tym, żeby się cofnąć do domu i wziąć aparat, ale przecież te modelki na mój powrót z pewnością by nie czekały! Nie mam zatem fotografii przydomowej wiewiórki, dysponuję natomiast zdjęciem przydomowego królika! Kiedy poznałam mojego męża, mieszkał w Kolorado, w okolicach Denver, i tam też go odwiedzałam. W całej okolicy było pełno królików, trafiały się też dorodne okazy na trawniku przed domem. I tak raz kiedyś otworzyłam drzwi, a m...

Tapety, serwetki...

Obraz
W ten weekend mój blog został wytapetowany! Tapetę wybierałam ja, tapetował mąż (jak to w życiu bywa...). Do tego tak sprytnie wytapetował, że mogę ją sobie łatwo zmienić na inną, którą mam w zapasie (bo, jak to w życiu bywa, wybrałam kilka i nie mogłam się ostatecznie zdecydować). Ach, żeby tak można było z tymi tapetami naściennymi! Nie pasuje mi do nowego obrazka/zegara klik, jest inna!... Załączam dziś zdjęcie serwetki, którą zrobiłam na szydełku. Jej trzy rodzone siostry widać na zdjęciu w poprzednim poście, tej zrobiłam zdjęcie solo :) Pomyślałam, że może mnie to zmotywuje do skończenia kolejnej, która czeka biedna w pudełku. Szydełkowałam ją wiosną, ale wkradł się błąd... musiałam spruć chyba 10 rządków... kto szydełkował, ten wie, jakie to uczucie... kto pisał długiego maila, a ten mail mu się wykasował i trzeba było zacząć pisać od nowa, też wie! :) Jak zobaczymy na kolejnym zdjęciu, serwetka ta ma całkiem dużą rodzinę w marchewkowym domu (widzimy ją tu z częścią rodzeństwa...

Domowa twarz Marchwi

Obraz
A dziś pionierskie zdjęcie domowe! Jeśli udało się Wam przebrnąć przez moje poprzednie posty to wiecie już, że jak się czasem rozgadam/rozpiszę to trudno mi skończyć... Z tym gadaniem to za wyjaśnienie służyć może krążąca w rodzinie anegdota, jak to nauczyłam się mówić zanim zaczęłam chodzić. W późniejszym wczesnym dzieciństwie z mówieniem miałam problem, gdyż byłam dzieckiem wybitnie wstydliwym. Zaczęłam za to czytać, nałogowo - i tu krążą anegdoty, że pięcioletnim dziecięciem będąc czytałam dzieciom na głos w przedszkolu bajki, zupełnie regularnie - podczas gdy panie przedszkolanki piły kawę. A że od czytania do pisania droga bywa krótka, więc, czy ja wiem? Może to mnie, choć w części, usprawiedliwia :) Ale, miłe blogowiczki, czasami się Marchwii gęba zamyka - i wtedy na przykład, jak zobaczymy za chwilę, szydełkuje i pichci. I na przykład na śniadanie robi takie naleśniczki, a podaje je w otoczeniu własnoręcznie wyprodukowanych serwetek: Są to typowe naleśniki amerykańskie (tzw. pan...

Gawędy kurierskie

Obraz
... a dziś piszę do Was, czekając na Pana Kuriera, który ma odebrać mój zepsuty komputer. Czekam już tak drugi dzień, nie wyściubiając z domu nosa do strategicznej godziny 17ej, bo ja bardzo obowiązkowa jestem. Zbliża się 16ta, Lubego Pana nie widać, więc pewnie poczekam i jutro (cierpliwa jestem raczej też). No i tak, czekając na tego mojego Godota, czytam sobie Wasze blogi, i jak zwykle przyjemna to lektura! I, myślę sobie, napiszę dziś coś i ja na tym moim blogobobasku dwutygodniowym. Myślicie może, jak napiszę, skoro mój komputer, spakowany jak dziecko na kolonie, czeka obok drzwi na Miłego Kuriera? Ano tak się szczęśliwie składa, że przepaliła się w nim tylko karta graficzna, a twardy dysk zdrowy jak rydz (chyba tak się mówi? od zawsze mam z tego typu wyrażeniami problem, co się tu pewnie jeszcze nie raz, nie dwa okaże - do moich osobisych tworów należą "pasuje jak pięść do koguta" czy "ni w kij, ni w pietruszkę", zwroty dziś popularne wśród rodziny). Na czas n...

Witam serdecznie, czyli powody, podziękowania i salceson sułtański!

Witam serdecznie! Blogi zaczęłam czytać w zeszłym miesiącu i dziś właśnie zapałałam nieodpartą chęcią stworzenia własnego - co też nieudolnie czynię! (jeszcze nie wiem, jak toto edytować, jak dodawać to czy tamto, ech, ach). Sama też nie wiem jeszcze, czy po tym pierwszym poście będzie jakiś następny kiedyś, ale co tam, piszę! No a skoro już piszę to może kilka słów o tym, co sprawiło, że w już wyżej wspomnianym zeszłym miesiącu na blogi natrafiłam (... i jak natrafiłam... tak przepadłam...). To wszystko, moi drodzy, przez tęsknotę - za Polską. Cztery lata temu, przed własną klatką schodową, zakochałam się (... i przepadłam...) w moim już teraz mężu. A tak się złożyło, że już-teraz-mąż jest Amerykaninem. Dwa lata temu, po naszym ślubie, zamieszkaliśmy w Kalifornii, w okolicach San Francisco, skąd dziś piszę tego pionierskiego posta (chlubiąc się zarazem polskimi literami, które w bliżej nieznany mi sposób zainstalował na moim laptopie brat). No i tak, dwa lata temu, zaczęła się ta tęs...