Wyprostowana dusza
(Odbiorca pocałunków moich ust i pracy moich rąk.) Od jakiegoś czasu bardzo lubię prasować. A wcześniej (zupełnie nieoryginalnie) bardzo nie lubiłam. Wywodzę się w prostej linii z rodu kobiet wrogo nastawionych do żelazka - mama traktuje je jak zło konieczne, mama mamy natomiast poszła swego czasu jeszcze o krok dalej - udawała, że wcale go nie posiada. Babcia miała pewien zwyczaj, który zapuścił w mej dziecięcej pamięci mocne korzonki. Składała ona mianowicie pranie w równiusieńki stosik, stosik kładła na fotelu i... z wdziękiem sadowiła się na stosiku na jakąś godzinkę :))) Zostawiam Was z tym widokiem na chwilę i przechodzę już oto powoli do linii męskiej mojego rodu - bo tu, dla odmiany, sami koneserzy żelazka. Tata, odkąd sięgam pamięcią prasujący swoje koszule i spodnie z cierpliwością anioła, przy tworzeniu precyzyjnych kantów posiłkujący się swoją odwieczną różową szmatką. No i element napływowy - mój małżonek, niestrudzenie prasujący te same elementy garderoby ...