Bwa, trzy
(bo dobra nawierzchnia nie jest zła...) ... czyli syn zaczął liczyć. Wybiórczo, bo wybiórczo, ale zaczął. Póki co raczej w języku matczystym. Wyraźnie interesują go cyfry. Jest taka jedna brama nieopodal z cyfrą jeden, i jeśli po wyjściu z klatki chcę udać się w prawo, a syn woli w lewo (zazwyczaj woli), wystarczy, że powiem: "chodź, pokażesz mamusi jeden". Działa (prawie) bez pudła! Lubi dostawać rano do ręki kartkę z kalendarza-zdzieraka, do analizy. A już bałwochwalczym wprost zachwytem obdarza własny kalendarz ścienny, z fotografiami psów, który dostał od babci. Staje na palcach i sięga do pierwszych dni miesiąca: "bwa! trzy!". Pokazuje przy tym właściwe cyfry, więc właściwie - zaczął czytać. Mówię Wam, jak opanujemy całą dziesiątkę to lecę z alfabetem. Sama w wieku lat pięciu czytałam dzieciom w przedszkolu bajki, panie sadzały mnie na krzesełku, dawały książkę do ręki i czytałam, płynnie, moje fąfele z przedszkola pamiętają. Czyli co, zostało mi marne...