Wiosna w lutym zadziwia mnie po raz czwarty
Wiele z Was pisze na blogach o wielkiej, wielkiej potrzebie poczucia już wreszcie wiosny. Tak się składa, że my otrzymaliśmy wiosnę instant 29. stycznia, w momencie, gdy koła samolotu dotknęły ziemi, a może chwilę później, gdy obładowani dobrem wszelakim pod tytułem "bagaż podręczny" wyszliśmy na ląd. Napomknę jeszcze, że dobrem tym byliśmy obładowani po samiusieńkie pachy. Wyobrażaliśmy sobie chyba w czarnych scenariuszach, że w podróży William przebrany będzie musiał być 10 razy (ulewał jeszcze wtedy szczodrze), a buteleczek, prócz maminego mleka, domagał się będzie co kwadrans. A jeśli utkniemy we Frankfurcie? (wszak zima) No to jeszcze 10 pampersików, i jeszcze 3 pajacyki! A jeśli puszka z mlekiem wysypie się w samolocie to co? To pakujemy jeszcze jedną puszkę! Do tego aparat, kamera, 3 (słownie: trzy) laptopy, jeden męża, drugi mój (bliźniaczo podobne), a trzeci pracowy... do tego fotelik samochodowy, żeby syna w samolocie usadzić... no, wyobrażacie sobie. Walizki, torby...