[go: up one dir, main page]

piątek, 15 października 2021

Wyprawa na Turbacz

W sobotnie popołudnie razem z Kacprem wpadliśmy na spontaniczny pomysł wejścia na Turbacz, wykorzystania ostatków dobrej pogody i przetestowania naszych interpretacji strojów góralskich z końca XVII wieku. Ustaliliśmy trasę doliną Kowańca, na Turbacz i dalej za Długą Halę pod Turbaczem, na wyręby przy szlaku na Przysłop.


W mroźny niedzielny poranek (a było -4°C) ubrani jak widać na załączonych zdjęciach ruszyliśmy w drogę. Pierwszy odcinek był najtrudniejszy. Żeby uniknąć uczęszczanego, stromego i skalistego podejścia zwanego Golgotką, postanowiliśmy wspiąć się na grzbiet masywu leśnymi drogami zrywki drewna oraz ścieżkami wydeptanymi przez zwierzęta. 




Pomimo łagodnego podejścia, wilgotne podłoże i poszycie leśne nie ułatwiały marszu. Po drodze ciupagą wyciąłem dla Kacpra kij który pomagał mu w dalszym marszu. Na szczęście zachodnie trzewiki które mieliśmy na tym etapie dały sobie radę i bez większych problemów doszliśmy do łagodnego odcinka szlaku. 


Na łagodnym odcinku drogi zmieniłem buty na kierpce bez dodatkowej podeszwy. W końcu mieliśmy testować sprzęt i siebie ;) w bardzo dobrym tempie, tzn. ok 1,5h, dotarliśmy na szczyt. Ruch turystyczny był znikomy, także nasz niecodzienny wygląd nie stanowił atrakcji i nie wprowadzał ludzi w zadziwienie. Po szybkim śniadaniu w schronisku, przeszliśmy spokojnym marszem przez Długą Halę, na wyręby. 


Na odsłoniętych odcinkach, mimo że temperatura wzrosła do ok. 12°C, mocny wiatr mógł stanowić problem. Ale nie stanowił. Wełniana gunia i kaftan węgierski które mieliśmy doskonale utrzymywały ciepło, więc cała trasę przeszliśmy w wielkim komforcie, pomimo że mieliśmy pod spodem jedynie lniane koszule. Tak samo świetnie sprawdziły się sukienne portki (szyte wg biłgorajskich) i wąskie spodnie węgierskie. Czapka i kapelusz będące interpretacjami nakryć głowy z malowideł z Orawki sprawdziły się doskonale i stanowiły bardzo ładne dopełnienie naszych sylwetek.



Wnioski jakie wyciągnęliśmy są bardzo proste i bardzo satysfakcjonujące. Stroje używane przez górali w Karpatach, zafunkcjonowały doskonale. 4,5h marszu ani nas nie zmęczyły ani nie powodowały jakiegokolwiek dyskomfortu. Nasze stroje znalazły się po porostu na swoim miejscu. Całość spaceru miała miejsce w najcudowniejszych okolicznościach złotej i czerwonej gorczańskiej jesieni. Już wiemy że to było tylko preludium naszych dalszych wędrówek.

Adam Ledwoń

poniedziałek, 3 maja 2021

Chłopska opończa

Od źródeł do wykonania i noszenia płaszcza chłopskiego dwugłowego z wielkopolskiej księgi cechowej z 1593 roku.


Odtwórstwo warstw niższych z wieku XVI i XVII nastręcza wiele więcej kłopotu niż wykonanie wiernych kopii przedmiotów dobrze znanych, zachowanych i opisanych, bo należących niegdyś do osób znaczących. Pamiątki tekstylne dotyczące warstw niższych rzadko się zachowały, bo nie stawały się przedmiotem sentymentu następnych pokoleń, lecz miały wymiar głównie praktyczny. Tą swoją opinią chciałem zwrócić uwagę na fakt, iż podstawową trudnością jest dla mnie wątła ilość źródeł dot. wykonania płaszcza chłopskiego. Ale od czego mamy fanpage ‘Projekt Chłop’ czy ‘Szlafroków rozmowy’.

Temat płaszcza był już na fanpagu Projekt Chłop poruszany, np w 2015 roku gdy zestawiono wykrój “kaptura chłopskiego” z innymi ciekawymi grafikami: “W księdze krawieckiej z XVII w znajdujemy ciekawy wykrój chłopskiego kaptura. Ma on swoisty garb na plecach. W dziele Haura z 1693 r znajdujemy rycinę przedstawiającą chłopa w kapturze z takim właśnie dziwnym garbem. Co ciekawe rycina to kopia ryciny z dzieła Piotra Crescentyna z 1571.”

Warto też zapoznać się z poniższymi linkami dotyczącymi historii cechu krawieckiego z Chwaliszewa, skąd pochodzi omawiany wykrój kaptura:
https://wbc.macbre.net/document/5735/bractwo-krawieckie-chwaliszewskie.html
https://www.wbc.poznan.pl/dlibra/show-content/publication/edition/159363?id=159363

Z tego, co mamy dostępne na stan wiedzy na dziś, warto przytoczyć obszernie opisane hasło ‘Opończa’, z Encyklopedii Staropolskiej (wyd. 1900-1903): “Opończa. Płaszcz od deszczu, kopieniak. Orjentalista Muchliński twierdzi, że Turcy (którzy na oznaczenie płaszcza mają swój wyraz jahrmurłuk) pożyczyli od Polaków i Ukraińców drugą nazwę przerobioną podług siebie na japondża, przyczem twierdzi o słowiańskości źródłosłowu wyrazów: opona, oponka, oponeczka. Łuk. Gołębiowski uważa opończę za starożytny ubiór polski a obok tego pisze: Opończy, chroniących od zimna lub słoty, rodzaje te upatrujemy: brandebury, burki (były w XVII w. chwalone szczekockie t. j. w Szczekocinach robione), czuje albo czujki, jamurlachy, kopieniaki, mantele, ormentle, płaszcze i właściwe opończe. Szlachta nosiła opończe karmazynowe adamaszkiem lub atłasem błękitnym podszyte, kroju takiego, jak kiereje, z przydanym kapturem do nakrywania głowy w czasie deszczu. W opończy kroju pierwotnego, bez stanu, chociażby karmazynowej, wejść do pokoju było nieobyczajnie, ale gdy nastały opończe wcinane i atłasem błękitnym podbijane, można było. Takich opończy, jako z przedniego sukna francuskiego robionych, nie nosił lud prosty, tylko możni a najwięcej dworzanie. Starowolski mniema, że opończę przyjęli Polacy od Tatarów po bitwie wygranej r. 1512. Mamy stare przysłowia: 1) Choć słońce gorące, bierz w drogę opończę; 2) Patrz na słońce, kładź opończę; Rysiński przytacza dwa przysłowia: 3) Opończa ode dżdża i 4) Gdy jedziesz w drogę ano piecze słońce, nie chroń się dla dżdża wziąć sobie opończę.”

Z opisu można dedukować, że warstwy niższe, uboższe korzystały z praktycznych okryć wierzchnich, ale w kroju prostym i o tkaninie mniej szlachetnej w odróżnieniu od zamożnych mieszkańców Rzeczpospolitej.

Potwierdzenie powyższych tez znajdziemy w opracowaniu koniecznym do zapoznania - rozdział: “POLSKA OPOŃCZA Z KAPTUREM SZCZĘŚĆ BOŻE I UKRAIŃSKA OPOŃCZA Z BOHORODYCEJU” z publikacji Aleksandra Błachowskiego “Ubiór i krajobraz kulturowy polski i ukrainy zachodniej w ikonografii J.Głogowskiego i K.W.Kielisińskiego”.

Nie zamierzam streszczać jej zawartości w tym miejscu, ale konkluzje moje są takie, że płaszcz chłopski powinien wykonany być z wełny wytrzymałej, trwałej, z podszewką, która będzie delikatniejsza dla ciała i zapewni dodatkową ochronę od zimna. A ilość materiału przewidziana na wykonanie takiego płaszcza to pięć łokci (przyjmując łokieć staropolski na 59,6 cm daje nam to prawie 3 mb materiału o szerokości beli).



Mamy więc do wykonania płaszcz wg. wykroju:





Wiemy, że potrzebujemy tkaniny w ilości 3 mb o szerokości nie przekraczającej metra.

Moim celem stało się odwzorowanie wykroju pod własną posturę tak, by był bardzo praktyczny w każdych warunkach atmosferycznych oraz dawał swobodę ruchów.

Znalazłem w szafie miłą wełnę w wymiarach około 1,4 m x 3 m, na której postanowiłem przetestować tenże wykrój (mamy tu do czynienia ze współczesną szerokością belki materiału:


I po wycięciu (kot dla skali):


Po zszyciu, lecz przed rozprasowaniem szwów prezentował się tak:




Okazał się zbyt mały. Długość powodowała, że stał się mało praktyczny dla mnie. Podzielę się zdjęciami gdy nowy właściciel założy ten płaszcz.


Przyszedł zatem czas na szycie “właściwej wersji”.

Znalazłem wełnę o ładnym splocie, nitce i kolorze. Ciężki w prasowaniu i pachnący piwnicą - bo pochodzący sprzed kilku dekad....


Postanowiłem podzielić materiał w taki sposób by odpowiadał szerokości belki poniżej 1 metra.
Profesjonalnie wykonany rysunek pomógł mi w rozplanowaniu podziału tkaniny:


Taki układ miał zapewnić, by na najbardziej istotnych częściach płaszcza szwów było jak najmniej.

I oto porównanie do wersji poprzedniej, kształt samych kapturów nie zmienił się:


Po zszyciu części wyznaczyłem miejsce rozcięcia na ręce - widzimy tu inny kąt niż wg. projektu. Jest to świadoma decyzja, bo jest to wersja dużo dłuższa niż wynika z wykroju. Materiał z przodu płaszcza ma zasłaniać nasze ciało nawet gdy będziemy gestykulować jak nasi włoscy przyjaciele, także nie może być zbyt wąski po zszyciu.





Ci z Was, którzy mają bystry wzrok na pewno zauważyli na wykroju dwie kropki.


 Zidentyfikowane zostały jako otwory do przeplatania rzemienia bądź tasiemki (najważniejsze żeby nie był to nylonowy sznurek od snopowiązałki tak powszechny w chłopskim obejściu). Związanie płaszcza w tymże miejscu pozwoli nam wydzielenie otworów na ręce, umożliwi swobodne ruchy oraz spowoduje, że poły płaszcza lepiej będą na siebie zachodzić. Gdybym szył drugi raz, użyłbym nici lnianej woskowanej ale o barwie mniej agresywnej i taką Wam też polecam w tym wypadku.




W międzyczasie płaszcz zyskał podszewkę z niezbyt gęsto tkanej wełny z dwóch włóczek o różnych barwach. Wg. mojej wiedzy sposób barwienia tkanin i nitek zmienia się na przestrzeni wieków. Najogólniej należy przyjąć, że tkaniny farbowane w całości wypierają w ciągu wieku XVI tkaniny tkane z barwionych włóczek. Tkaniny z nitek wielobarwnych pozostają popularne na terenach wiejskich gdzie, wyplata się je głównie na własne potrzeby.


Całość po zszyciu została przetestowana w różnych warunkach atmosferycznych.
Sprawdza się zimą przy opadach śniegu i na dużym mrozie. Wiatr nie jest straszny podczas wędrówek. Deszcz z wiosennej burzy również nie czyni szkody. Idealnie sprawdza się na warcie i podczas snu. Może służyć jako koc. Przy dobrym ułożeniu zmieszczą się pod nim dwie osoby.
Ogólnie polecam wszystkim, którzy cenią sobie praktyczne rozwiązania.


Dla tych, którzy dotrwali do tego momentu podpowiem, że ten drugi kaptur służy do tego, by założyć go na czubek głowy. Wtedy uzyskujemy przed sobą ‘komin’ do oddychania oraz obserwacji przestrzeni bezpośrednio przed swoimi nogami. Ma to zastosowanie gdy poruszamy się podczas śnieżycy albo ulewy. Jest też niezwykle wygodne gdy chcemy obronić się przed komarami podczas snu. Proporcje kapturów należy dobrać indywidualnie do wielkości własnej głowy. Otwór przeznaczony na twarz nie powinien być dużo większy niż taki, który pozwoli opuścić kaptur na plecy, gdy chcemy odkryć głowę całkowicie bez zdejmowania płaszcza. Dopuszczam myśl, że taki kaptur mógł być tak dopasowany do twarzy by nie było to możliwe - przy długiej konstrukcji wydaje się to bardzo niepraktycznym rozwiązaniem.


Adam Gozdalik

Na zdjęciach Adam Gozdalik, Michał Filant, Patryk Pokorski


niedziela, 28 marca 2021

Kusze czy łuki? Analiza starcia pod Zakrzewem.


2 lutego 1656 r we dworze znajdującym się we wsi Zakrzew doszło do ciekawego starcia. Grupa polskich partyzantów zaatakowała szwedzki oddział pod dowództwem Rutgera von Ascheberga. W czasie walk spłonął dwór, wielu Szwedów zostało rannych, ale udało im się wyrwać z okrążenia i  uciec. Von Ascheberg w swoich pamiętnikach opisuje starcie tak jakby było jego wielkim zwycięstwem. Walk tego typu było w czasie Potopu mnóstwo, jednak to szczęśliwie doczekało się uwiecznienia na przynajmniej 2 bliźniaczych obrazach. Obrazy nie był malowane przez szczególnie wybitnego artystę stąd ich interpretacja może nastręczać  licznych problemów. Jednym z nich jest kwestia uzbrojenia części partyzantów. O ile u części wyraźnie widać łuki, to inni wyglądają tak jakby używali kusz.


Szczególnie widoczne  jest  to u tych postaci:


Mając tylko takie przedstawienie można by przypuszczać, że artysta namalował kuszników. Niestety okazuje się, że część polskiej jazdy kozackiej również trzyma broń w podobny sposób:


Analiza ikonograficzna nie daje zatem jednoznacznych informacji.  Przyjrzyjmy się jednak kontekstowi starcia. W pracy Wojna polsko-szwedzka 1655-1660” , red. J. Wimmer, Warszawa 1973,  Jerzy Teodorczyk pisze iż wojskami polskimi dowodził Stanisław Witowski, kasztelan sandomierski. Miał on mieć pod sobą 4 chorągwie komputowe (kozackie), 2 chorągwie pospolitego ruszenia (1 kozacką i jedną husarską) oraz chłopską piechotę dymową.  Piechota ta miała być zbrojna w kosy (o których pisze też von Ascheberg). O samych kuszach ani łukach nic nie ma. Ascheberg pisze tylko o strzałach. Nie wiem jakiego słowa użył mam bowiem tylko polskie tłumaczenie ale trzeba pamiętać, że w języku niemieckim słowo Pfeil  - może oznaczać strzałę z łuku jak i kuszy:
www.woerterbuchnetz.de/DWB/pfeil

Witowski był kasztelanem Sandomierskim. Chłopi których prowadził pochodzili najprawdopodobniej z jego włości. W swojej Kulturze ludowej Słowian Moszyński pisze, że kusze wśród chłopów zachowały się  tylko jako  zabawki na  Polesiu i w tzw. Lasach pomiędzy Wisłą a Sanem. Kusze zabawki mogły, być pozostałością po używaniu kusz prawdziwych, a także z nimi współwystępować  (jako narzędzie nie tylko zabawy, ale i nauki i wprawiania się). Tak sprawa wygląda w rejonach z których mamy więcej źródeł – np. w Niderlandach, gdzie na tych samych obrazach z XVI można na scenach przedstawiających jarmarki dostrzec zawody kusznicze dla dorosłych i jednocześnie sprzedaż kusz zabawek dla dzieci. Może być to być zatem poszlaka wskazująca, że dawniej kusze znane były w okolicach Sandomierza. Dawniej zasięg występowania kusz zabawek  był  jeszcze większy. Zabytki z XV-XVI w znaleziono w Wilnie i Elblągu. Więcej TU


Źródła z terenów Polski wspominają tez czasem o  kuszach do polowań. Jednak nie chodzi tu o broń ręczną, tylko kłusownicze SAMOSTRZAŁY. Brak informacji o takiej broni u Moszyńskiego  może wynikać z ostrożności. Informatorzy nie udzielali informacji o kuszach, gdyż jako narzędzia kłusownicze mogły one sprowadzić na użytkownika karę. Z okresu II wojny światowej znane są dwie kusze kłusownicze ze Zbiorów Muzeum Tarzańskiego, opisane przez Henryka Ciosińskiego w artykule „Kusze górali tatrzańskich”. Wiem również o kuszy tego typu ze zbiorów skansenu w Kolbuszowej.


Zbierzmy wszystko do przysłowiowej kupy:

  1. Ikonografia nie daje jednoznacznej odpowiedzi jakiej broni używali chłopscy powstańcy pod  Zakrzewem.
  2. Chłopi prawdopodobnie pochodzili spod Sandomierza -  z okolic gdzie najdłużej przetrwały kusze, przy czym w formie zabawek.
  3. Wiemy, że w XVI-XVII w na ziemiach polskich (w Świętokrzyskim) znano kusze-samostrzały,  zwłaszcza wśród ludności związanej z lasem – bartników i smolarzy.
  4. Możliwe też, że stosowano jeszcze proste kusze ręczne na potrzeby kłusownicze. Mogą  o tym świadczy pojedyncze egzemplarze które po II wojnie światowej trafiły do zbiorów Muzeum Tatrzańskiego i skansenu w Kolbuszowej.

Reasumując -  brak jest dowodów na używanie kusz pod Zakrzewem, chociaż  w świetle poszlak nie wydaje się to  nieprawdopodobne. Możliwe, że Witowski zbierając ludzi na wyprawę dymową, zabrał ze sobą nie chłopów – kmieci, tylko smolarzy i innych ludzi lasu. Tacy byliby oczywiście znacznie bardziej przydatni w działaniach partyzanckich od oraczy.  Wyjaśniałoby to też ich wygląd na obrazie - ciemne, niemal  czarne sukmany i kaptury. Ludzie ci niemal na pewno znali kusze samostrzały i jest dość prawdopodobne, że w dzieciństwie budowali kusze zabawki (czego ślady pozostały w tekstach i etnografii). Prawdopodobnie poza zabawą była to istotna umiejętność pozwalająca w późniejszym wieku skonstruować  pełnowymiarową broń do polowań czy kłusownictwa. 


Rafał Szwelicki


Post scriptum.

Pod koniec 2020 r na fanpage Projekt Chłop zamieściłem serię  wpisów prezentujących chłopskie kusze z całego świata. To ciekawy materiał  porównawczy .

Chiny:

https://www.facebook.com/ProjektChlop/posts/4832061900145126

Skandynawia:

https://www.facebook.com/ProjektChlop/posts/4843387912345858

https://www.facebook.com/ProjektChlop/posts/4938014916216490

https://www.facebook.com/ProjektChlop/posts/4975645349120113