[go: up one dir, main page]

Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Arnor. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Arnor. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 grudnia 2014

Zwiadowca Dunedainów / Dunedain Ranger

Na zdjęciach waleczny i dzielny zwiadowca Dunedainów z Północy. Ci doskonali łowcy strzegą północy oraz Shire przed watahami orków, goblinów i trolli. Walka z bandami z Gundabad to ich chleb powszedni. Osady zamieszkałe przez ludzi mogą spać spokojnie, gdy w pobliżu obozują strażnicy północy lub zwiadowcy nieustępliwych Dunedainów. Tak wojna na północy trwa nieustannie od upadku królestw dawnego Arnoru. Nawet przegrana przez orków z Gundabad bitwa pięciu armii nie uspokoiła sytuacji w tym rejonie. Zdziesiątkowani orkowie nadal wyprawiali się na ziemie zrujnowanego Arnoru szukając łupów, krwi i łatwych zwycięstw.        











środa, 19 listopada 2014

Dúnedain

Słowo Dunedain oznacza człowieka z zachodu, przybysza z wyspy Numenor. Numenorczycy byli doskonałymi żeglarzami, którzy skolonizowali wybrzeża Śródziemia. Sauron zdołał zdeprawować ich serca i przeciągnął większości z nich na stronę ciemności. Numenorczycy zaczęli oddawać cześć upadłemu, mrocznemu Valarowi Melkorowi. Sauron jako doradca króla doprowadził do prześladowań tych Dunedainów, którzy trzymali się dawnych tradycji i nadal pozostali przyjaciółmi elfów i Valarów. Nasilające się represje zmusiły Elendila do opuszczenia ukochanej wyspy i pożeglowania do Śródziemia. Niedługo po ucieczce Numenorczyków wiernych Elendilowi król Ar-Pharazon złamał przysięgę złożoną Valarom. Rozgniewani Valarowie pogrążyli Numenor w odmętach oceanu. Większość mieszkańców wyspy została pochłonięta przez głębiny. Elendil dotarł do brzegów Śródziemia. Dunedainowie, którzy z nim przybyli z czasem założyli dwa potężne królestwa Gondor i Arnor.

Rodowici spadkobiercy Numenoru byli dostojni i długowieczni. Serca Dunedainów pozostały czyste, przyjazne elfom i nieskażone kłamstwami Saurona. Druga grupa ocalałych z kataklizmu Numenorczyków wylądowała daleko na południowym wschodzie. Byli to ludzie skażeni złem i oddani ciemności. Za swoją siedzibę obrali potężne miasto portowe Umbar. Ci nikczemni ludzie zostali okrzyknięci Czarnymi Numenorczykami i pozostali pod wielkim wpływem Saurona.    

Dunedainowie byli najpotężniejszymi wojownikami ze wszystkich ludzi zamieszkujących Śródziemie i stawiali zacięty opór siłom ciemności. Sauron ich szczerze nienawidził i pragnął wytępić do ostatniego męża. Ludzie z zachodu zamieszkujący Arnor byli potomkami Numenorczyków dowodzonych przez Elendila. Strzegli Eriadoru i Shire przed orkami, goblinami i wszelkiej maści bestiami. Rdzenna ludność Eriadoru bała się przybyszów i nie potrafiła im zaufać. Ten fakt doskonale wykorzystał Sauron i przez długie lata skutecznie podsycał wzajemne uprzedzenia. Wreszcie sługa Saurona zwany Czarnoksiężnikiem z Angmaru w momencie największej słabości potężnego ludu wypełnił wolę swego pana i rozpętał na północy krwawą wojnę. 

Z biegiem lat następowała powolna i nieuchronna degeneracja Dunedainów. Upadek tego ludu przypieczętowały dwa zdarzenia. Pierwszym z nich był upadek Królestw Arnoru, które Czarnoksiężnik z Angmaru obrócił w ruiny. Drugim śmierć Isildura i osłabienie siły Gondoru. Na północy Dunedainowie stali się ludem rozproszonym, żyjącym w bardzo surowych warunkach. Na gruzach utraconego królestwa Arnoru nadal dzielnie walczyli z orkami, goblinami i trollami jako "Strażnicy Północy".

















wtorek, 18 listopada 2014

Strażnik Północy / Ranger of the North

Athalas od tygodnia błąkał się po ośnieżonych górskich graniach w poszukiwaniu legowiska wielkiego szarego orka o imieniu Tharog. Ork napadał na karawany kupieckie, które przemierzały królewski trakt leżący u podnóża Gór Mglistych. Strażnik na szlaku odnalazł kilka jaskiń. Niestety w żadnej z nich nie natknął się na trop pozostawiony przez orków. Jasnowłosy zwiadowca pluł sobie w brodę, że podjął się misji odnalezienia legowiska ściganego orka. Dowódca królewskich strażników wyznaczył bardzo hojną nagrodę za wytropienia Tharoga. Athalas lubił złoto i dobrą zabawę. Dzięki pełnej sakiewce mógł korzystać do woli z nocnych uciech i przyjemności oferowanych przez najlepsze oberże pogranicza. Obecnie był na przepustce, a z pustą sakiewką nie miał i tak nic lepszego do roboty. Dlatego połasił się na pełną brzęczącego złota nagrodę.  Podjął się zadania i nie czekając chwili wyruszył w dzikie ostępy. Przez siedem dni nie natrafił nawet na najmniejszy ślad orków. Nie pamiętał, żeby w górach było tak spokojnie. Zawsze z jakiejś mrocznej jaskini wypełzali chociaż wygłodniali goblińscy łachmaniarze. Tym razem nie natknął się nawet na pojedynczego goblina. Gdy zrezygnowany chciał zawracać w bardziej cywilizowane strony usłyszał w leśnym zagajniku charakterystyczne skrzypienie śnieżnej pokrywy, która pękała pod naporem ciężaru stóp. Przechodzące nieopodal kreatury szeptały do siebie w czarnej mowie. Wreszcie coś zaczęło się dziać - pomyślał. Chwycił w rękę włócznię, po czym ostrożnie ruszył w kierunku zasłyszanych odgłosów. Skradał się. Po cichu przemykał między drzewami. Wreszcie wypatrzył kilkunastu goblinów czających za pobliską linią drzew. Czego szukają tu te nędzne ścierwa - po cichu wycharczał. Splunął po czym wciągnął do płuc potężny haust lodowatego, górskiego powietrza. Skupił się na goblinach. Stwory uważnie obserwowały okolicę. Gruby goblin, ze szpiczastym kinolem i mocno wciśniętym na łeb czarnym hełmem był najwyraźniej liderem plugawców. Po cichu wydawał rozkazy kamratom. Mrużył oczy i zaciskał ostre zęby w grymasie niezadowolenia, gdy podkomendni nie wykonali należycie polecenia. Oddział sprawiał wrażenie zdyscyplinowanego. No tak, to łowcy z Gundabad. Co do cholery robią tak daleko od przeklętej, czarnej góry - zastanawiał się zwiadowca. Goblin pokazywał palcem kilka samotnie stojących drzew na skutej śniegiem równinie. Athalas wytężył wzrok i przyjrzał się miejscu, które wskazał łapskiem gruby goblin. Niech to. Za drzewami krył się człowiek. Gobliny niewątpliwie również go dostrzegły. Athalas już nie musiał się domyślać na kogo polują tchórzliwe ścierwa. Strażnik rozejrzał się. Szukał osłoniętego miejsca, z którego mógłby bezpiecznie razić wrogów strzałami. Nieopodal wypatrzył pokaźnych rozmiarów pokryty śnieżną czapą głaz. W jego kierunku przekradał się powoli z wymuszoną okolicznościami ostrożnością. Gdy dotarł do celu zaczął organizować sobie stanowisko. Kołczan oraz włócznię położył w zasięgu ręki. Kilka strzał wbił w zmarzniętą glebę. Wyglądając zza kamienia czekał cierpliwie na rozwój wydarzeń. Do grupy dołączyło jeszcze kilku goblinów uzbrojonych we włócznie i tarcze. Opatuleni w wilcze skóry wyglądali dość potężnie. Krzywe mordy skrywali za stalowymi przyłbicami czarnych hełmów. Herszt bandy wykrzywiając zęby w nieszczerym uśmiechu skierował czarne hełmy w miejsce, w którym czaiła się jego zdobycz. Włócznicy szybkim krokiem wyruszyli na skraj lasu. W tym samym czasie łucznicy pozajmowali dogodne pozycje i przyszykowali krótkie kościane łuki do strzału. Strażnik czekał na odpowiedni moment do ataku. Nie mógł za szybko zdemaskować swojej obecności, bo delikatnie mówiąc byłoby to niezbyt roztropne. Włócznicy przeszli otwartą przestrzeń i dotarli do łysych, samotnie stojących drzew. Athalas starał się kontrolować sytuację. Łuk wymierzył w najpotężniejszego z basiorów zawiniętych w wilcze skóry. Już miał zwolnić cięciwę, gdy niespodziewanie pierwszy z groźnie wyglądających włóczników padł przepołowiony na ziemię. Drugi próbował dźgnąć człeka krótką włócznią. Jednak haniebnie chybił i dosłownie stracił głowę, która wbiła się czubkiem hełmu stertę śniegu. Dwóch pozostałych goblinów straciło animusz i wpadło w panikę. Obaj zaczęli wiać ku zagajnikowi, z którego posypał się deszcz strzał. Wojownik skrył się za trójkątną tarczą. Żadna ze strzał nie dosięgnęła celu. Łucznicy umożliwili uciekinierom bezpieczne osiągnięcie linii drzew. Gruby wódz bandy nie ukrywał wściekłości i klął na czym tylko stoi świat. Wezwał do siebie, chudego brzydala obleczonego w postrzępioną czarną pelerynę. Ten cierpliwie wysłuchał rozkazów herszta i co sił w nogach popędził przed siebie. Tak się złożyło, że biegł wprost ku kryjówce strażnika. No tak bękart wysyła gońca z wiadomością do głównego obozu. Zaraz ten leśny zagajnik zaroi się od setek złośliwych bydlaków. Do licha ! - Athalas się skrzywił. Nie myślał za wiele tylko instynktownie zadziałał. Gdy tylko nieświadomy niebezpieczeństwa, beztrosko biegnący goniec zniknął kompanom z oczu spotkała go niemiła i ostatnia w nieszczęsnym żywocie niespodzianka. A więc nieszczęśnik nabił się na wystawione przez strażnika stalowe, lodowato zimne ostrze włóczni. Człowiek szybkim szarpnięciem przyciągnął do siebie konającego goblina. Wbił ostrze włóczni w ziemię i za pomocą dobrze wymierzonego kopnięcia usunął martwe, drgające ścierwo stwora z drzewca swej ulubionej broni. No to kwestię posiłków mamy raczej załatwioną - pomyślał Athalas uśmiechając się bezczelnie. Wyglądając z za kamienia zlustrował patową sytuację panującą pomiędzy goblinami szyjącymi nieskutecznie z łuków a człowiekiem ukrytym za konarem drzewa. Strażnik westchnął. Pociągnął z bukłaka łyk przedniego arnorskiego wina. Wytarł kąciki ust brzegiem wilgotnego od śniegu rękawa. Zmrużył oczy i wycelował swój niezawodny łuk w najbliższego z goblinów. Niech niebo spadnie nam na głowy, niech pękają tarcze i szczerbią się ostrza pomyślał wypuszczając pierwsza strzałę w kierunku wroga ....

                                                               










środa, 1 października 2014

Włócznik z Arnoru / Arnor Spearman

Przeklinając na czym stoi świat dwaj arnorscy żołnierze brnęli po kostki w śniegu przez leśną, średnio uczęszczaną ścieżkę. Do diaska - chrząknął Ilian. Porucznik oszalał, znowu wysłał nas na patrol na wzgórze wisielców. Mówię ci ten bękart zrobił to specjalnie. Tarr parsknął śmiechem i odrzekł kompanowi. Nie trzeba było oszukiwać go w kości chłopie. Wiesz, że stary szanuje uczciwych ludzi a w jego oczach jesteś zwykłym hochsztaplerem. Pewnie masz rację. Chociaż raz mogłem dać mu wygrać odpowiedział z lekkim uśmiechem Ilian. No cóż przez mnie jesteśmy tu gdzie jesteśmy. Zamknij się i maszeruj jeszcze mamy do przejścia kawał drogi a ten skuty lodem las przyprawia mnie o dreszcze. No tak pamiętam. Rok temu od tej strony horda goblinów runęła na pobliskie miasteczko, a na wzgórzu wisielców herszt bandy urządził sobie kwaterę. Bitwa była okrutna. Zwyciężyliśmy w polu i na dodatek zdołaliśmy totalnie zaskoczyć obozujące na wzgórzu goblińskie ścierwa. Tak chłopie jak mógłbym zapomnieć powiedział Tarr. Kapitan Therillion poprowadził wspaniałe natarcie. Zmierzył się w pojedynku z dowódcą goblinów i odrąbał mu parszywy łeb. To była walka. Co nie? W tym momencie Ilian potknął się o skrzętnie ukryty pod śnieżnym puchem korzeń. Prawie przewrócił się na lód, który przepięknie lśnił w delikatnym świetle księżycowej nocy. Mężczyzna miał szczęście, bo w ostatniej chwili zdołał się podeprzeć długim drzewcem włóczni. A tak. Therillion. Moim zdaniem najlepszy dowódca pod jakim służyłem. Wyrzucił z siebie żołnierz powracając do pionu. Pogonił wtedy tych brudnych wszarzy w kierunku gór aż się za nimi kurzyło. Obaj się głośno zaśmiali, przyspieszając tempa. Wzgórze wisielców było już blisko. Żołnierze podpierając się drzewcami włóczni, z trudem wgramolili się na jego szczyt. Mieli sprawdzić posterunek i odpalić latarnię sygnałową, która niestety tej feralnej nocy zgasła. Gdy wreszcie dotarli na miejsce przeznaczenia Ilian powiedział do kompania. Tarr wyciągaj krzesiwo. Odpalmy to draństwo i wracajmy szybko do fortu. Czuję, że za chwilę moje palce zamienią się sople czystego lodu. Tarr buchnął rubasznie śmiechem. Może i dobrze by się stało. Z soplami zamiast paluchów nikogo nie zdołałbyś oszukać w kości lub karty. Zamknij się mądralo i szybko roznieć ten przeklęty ogień odgryzł się nieuleczalny hazardzista. Dobra. Robi się. Po chwili spod sterty suchych gałęzi zaczęły wypełzać ogniste jęzory. Ogień buchnął z sykiem w górę. Ognisty oddech płomieni z całą swą mocą uderzył w drewniane zadaszenie. Ognisko sygnałowe w jednej chwili przepędziło mrok z niewielkiego pagórka. Dzięki nam przyjacielu zbłąkani wędrowcy odnajdą drogę do domu powiedział z przekąsem Tarr, po czym otarł rękawem spływające po czole strużki potu. Udało się. Zadanie wykonane. Zatem możemy wracać. Na ciebie czeka mocne piwo a na mnie dziewki, hazard i muzyka rzekł z nieukrywaną radością Ilian, który zaczął ogrzewać przy ognisku dłonie. Odpoczywali przez około pół godziny. Siedzieli przy rozbuchanym ognisku i przekomarzali się snując wesołe lub sprośne opowieści. Czas ruszać rzekł do kolegi Tarr. Zebrali więc wszystkie swoje rzeczy i mieli właśnie schodzić w dół, gdy nagle wydarzyło się coś zupełnie nieoczekiwanego. Hałas. Pojedynczy trzask gałęzi, zaraz potem odgłos kroczenia w śniegu. Kruki siedzące na pobliskich drzewach gwałtownie wzniosły się do lotu. Jakiś cień mignął po drugiej stronie wzgórza. Światło bijące z ogniska zaczęło oświetlać zarys zbliżającej się postaci, która skulona powoli niczym zjawa poruszała się w kierunku zaskoczonych mężczyzn Gotuj broń. Stój ! Ktoś ty ! Krzyknęli żołnierze jednocześnie ustawiając w stronę nieproszonego gościa ostrza swych długich włóczni. Przybysz nie odpowiedział. Niezgrabnie parł naprzód nie zważając na coraz groźniej wypowiadane ostrzeżenia. Nieznajomy nie zdołał dotrzeć w pobliże ognia. W pokraczny sposób legł twarzą wprost w śnieżną hałdę. Trzeba sprawdzić co to za jeden. Podejdź do niego Tarr i uważaj, bo nigdy nic nie wiadomo. Powiedział do kompana lekko speszony Ilian. Zobacz co to za włóczęga. Tarr podszedł do leżącego na śniegu człeka. Drewnianym końcem włóczni, ostrożnie przekręcił ciało na plecy. Przyjrzał się sinej twarzy i wrzasnął ile miał sił w płucach. O mój boże ! O mój boże ! To kapitan Therillion ! Prędko Ilian chodź do mnie ! Pomóż mi go przenieść w pobliże ogniska. On jeszcze żyje, ale źle wygląda. Obaj chwycili na wpół zmarzniętego człowieka pod pachy i ułożyli na drewnianej, poprzegryzanej przez korniki ławie. Tarr naprawdę źle z nim. Patrz ile ma ran. To cud, że jeszcze dyszy. Dawaj swój płaszcz. Musimy go stąd zabrać zanim na zawsze pochłoną go ciemności....