Piękna jest radość w Święta, ciepłe są myśli o bliskich. Niech pokój, miłość i szczęście otoczą dzisiaj nas wszystkich! Wesołych Świąt!
Piękna jest radość w Święta, ciepłe są myśli o bliskich. Niech pokój, miłość i szczęście otoczą dzisiaj nas wszystkich! Wesołych Świąt!
Raz w roku taki dzień
Głębokiej zadumy
nad życiem tych ,
których już nie ma
Wśród nas,
Płonie światełkiem
na drugą stronę
Strumieniem modlitw
za ich ziemski czas.
Pozwala wierzyć
że jest coś więcej
że gdzieś, tam istnieje
wymiar boskości
co ból ukoi
troski zabierze
niedołężności wszelkie poskromi.
Lecz przypomina
Również o tym
By tu na ziemi starać się żyć pięknie
By kiedyś wieczność drzwi otworzyła
I dała życie nam lżejsze nieco
Na tamtym brzegu, po drugiej stronie… (znalezione w Internecie)
- dla mojej Mamy.. To już dwa lata..
| Leszczyna - widok z trasy |
| W oddali - komin Huty Miedzi w Legnicy |
W 2007 roku dzięki ogłoszeniom w prasie niemieckiej nastąpił zaskakujący zwrot w poszukiwaniach odpowiedzi na pytanie związane z 13-metrowym Żelaznym Krzyżem. Z Niemiec nadszedł list od kobiety, która przed wojną mieszkała w Wilkowie. Twierdziła ona, że Żelazny Krzyż został postawiony między 1931 a 1936 rokiem przez hrabiego von Lüttichan z Prusic. Do ojca kobiety należał las wzdłuż granicy stromego zbocza, ponadto był on właścicielem restauracji, tzw. karczmy sądowej w Wilkowie. Hrabia von Lüttichan chciał na najwyższym wzniesieniu swojej posiadłości postawić na chwałę bożą żelazny krzyż. Nie mógł jednak doprowadzić na wzgórze niezbędnych materiałów. W związku z czym uzyskał od ojca autorki listu pozwolenie, by dokonać tego od strony jego posiadłości. Po pewnym czasie wersję pani Christy Fleischer potwierdził syn hrabiego – Hannibal von Lüttichan. Informacje z listu znajdują odzwierciedlenie w dokumentach historycznych – właścicielem Górnych Prusic był w tamtym czasie Graf Guido von Lüttichan, są również dowody na istnienie w Wilkowie karczmy sądowej.
Dzięki tym wydarzeniom we wrześniu 2007 roku Nadleśnictwo Złotoryja uruchomiło ścieżkę przyrodniczo-historyczną "Żelazny Krzyż" wyposażoną w odpowiednie tablice dydaktyczne. Trasa do krzyża z osiedla Wilków prowadzi stromymi dróżkami leśnymi, ale dzięki planszom poglądowym i znakom informacyjnym na pniach drzew dotarcie do celu nie jest trudne.
Chłód, poranne mgły,
dnie coraz krótsze, drzewa gubiące zbrązowiałe liście... Wszystkie te znaki zwiastują przejście do późnej jesieni. Od listopada zaczynamy wyraźnie odczuwać niższy poziom energii. Ma to związek z ograniczoną ilością światła słonecznego. W krótkie, pochmurne dni szyszynka wzmaga produkcję melatoniny – hormonu regulującego rytm dobowy.Listopad to czas refleksji i większego spokoju a nierozpraszana uwaga w naturalny sposób przenosi się do własnego wnętrza. Jest to czas, w którym powinniśmy zwolnić, zadbać o odpoczynek, ciepło i odżywić tkanki na głębokim poziomie.
Energie późnej jesieni i zimy cechuje głębia, ciemność, pewien rodzaj hibernacji, co ma odbicie w całej naturze. Od mniej więcej połowy listopada niedźwiedzie będą zapadać w zimowy sen. Przedtem muszą się dobrze najeść, by odłożyć zapas niezbędnego tłuszczu na okres gawrowania. Podobnie jest u nas, jesienią mamy większy apetyt i silniejszy ogień trawienny. Organizm chce zmagazynować dodatkowy tłuszcz do ochrony przed zimnem. Okres od listopada to czas ładowania „akumulatorów”, magazynowania zasobów energetycznych niezbędnych do regeneracji i odnowy. Stajemy się bardziej senni, leniwi, ociężali, bez zbytniej chęci do aktywności. To naturalny cykliczny proces, który trzeba po prostu przejść. Lustrzanym odbiciem tej mrocznej ciemni sezonu są emocje. Mamy prawo czuć się bardziej zamknięci w sobie, wycofani, mniej chętni do rozmów i kontaktów. Częściej towarzyszy nam smutek, bywa że wpadamy w melancholię. W takich momentach najlepiej usadowić się pod kocykiem z ciepłą herbatką. Pozwolić by emocje przepłynęły, odpocząć, nie nadwyrężać organizmu, nie robić nic na siłę. Trzeba rozgrzać się od środka. Wybierać pokarmy rozgrzewające żołądek, jelita, mózg, które dostarczą energii i rozproszą chłód. Latem jemy więcej chłodzących, surowych warzyw i owoców. Teraz w listopadzie lepiej jeść więcej gotowanych potraw, zup, sosów, gulaszów. Ostrzej doprawione rozgrzeją, rozproszą śluz i wzmocnią.
Późna jesień, gdy organizm z natury gromadzi nie usuwa - to nie pora na posty, diety oczyszczające, terapie sokami. Tego typu działania zakłócą równowagę, osłabią układ odpornościowy i mogą doprowadzić do choroby. Dodatkowy tłuszczyk będzie izolacją na zimę, a żyjąc zgodnie z rytmem natury, łatwo zrzucimy go wiosną.
Od listopada ciało i umysł domagają się zwolnienia rytmu, potrzebujemy więcej odpoczynku, snu, relaksu, przekierowania uwagi do wewnątrz, refleksji. Nadmierna aktywność, wysiłek fizyczny i umysłowy, dużo hałasu, niedobory snu w stosunku do potrzeb wyczerpują nasz wewnętrzny system.
Jesień to sezon płuc
Zioła energetycznie wzmacniające płuca: imbir, tymianek, mięta, szałwia, gorczyca, chili, miłorząb. Po przemarznięciu pomoże herbatka ze świeżego imbiru, przy mokrym kaszlu napar z tymianku. Jabłka i gruszki nawilżają głęboko tkankę płuc a także oczyszczą i zregenerują jelita.
Pikantne, rozgrzewające przyprawy dezynfekują i udrażniają drogi oddechowe – cebula, czosnek, pieprz, chili, imbir, gorczyca. Zioła uspokajające, oprócz typowych na kaszel złagodzą stan zapalny dróg oddechowych np. głóg.
Ciepłe, świeżo przygotowywane posiłki z odrobiną ostrego smaku, rozgrzeją i poprawią krążenie. Wskazane są warzywa, głównie korzeniowe „uziemiające”, gotowane na parze lub duszone. Kasza jęczmienna pomaga rozgrzać, jaglana, ryż, czosnek osuszają z nadmiaru flegmy i wilgoci. Dobre są kiszonki, które wspomagają jelita a zatem i płuca.
Słodki smak nawilża, odżywia, koi system nerwowy, poprawia humor: miód, pyłek pszczeli, owies, migdały, marchew, dynia. Na surowo można jest jabłka, gruszki, śliwki, przy uczuciu chłodu, katarze lepiej zrobić z nich kompot, przyprawiony goździkami, cynamonem, kardamonem.
Jesienne odżywianie dotyczy nie tylko ciała. To czas refleksji, kontemplacji, odpowiedni moment by zanurzyć się w wewnętrznej ciszy. Życie w harmonii z naturą, poddawanie się cyklicznym zmianom to najlepsza profilaktyka zdrowia ciała, ducha i umysłu.
Znakomitym wsparciem w okresie listopada są zioła. Dziurawiec wniesie trochę słońca, melisa, lipa, rozmaryn, dzika róża podniosą na duchu, serdecznik wyciągnie opary melancholii z serca, a przyprawy korzenne rozgrzeją, dodadzą wewnętrznego żaru.
Słoneczna herbatka
W równych ilościach mieszamy melisę, ziele dziurawca, kwiat głogu, kwiat i liść lipy.
Łyżkę mieszanki zalewamy wrzątkiem.
Zaparzamy kwadrans, po przecedzeniu dosładzamy miodem.
Warto wtedy znaleźć sobie przytulne miejsce, zapalić świece, wyłączyć światło i pić bardzo powoli napar, delektując się smakiem. Po takim „seansie” efekty działania będą bardziej odczuwalne. Być może nawet zanurzymy się w wewnętrznej głębi, przyjdzie refleksja, mocno zarysuje się to, co chcemy, a co już nam nie służy.
Aura listopada nie zachęca do spacerów, ale warto pooddychać wśród iglaków. Pozbierać przy okazji dziką różę, dereń, jałowiec. Dzikie owoce są o wiele bardziej wartościowe niż jakiekolwiek uprawne. Bogatsze w witaminy, minerały, przeciwutleniacze. Zawierają całe spektrum unikalnych substancji bioaktywnych i energię witalną. Mają niewielkie ilości cukrów, stąd ich bardzo kwaśny, cierpki smak. Dzikie owoce niosą ogromne korzyści dla zdrowia. Zawierają wiele związków bioaktywnych. Mają silne działanie przeciwutleniające, przeciwzapalne, przeciwdrobnoustrojowe, przeciwnowotworowe. Zapobiegają i pomagają leczyć różne schorzenia. Skąd ta siła? Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że dzikie owoce są dokładnie takie jak je stworzyła Matka Natura. Nikt ich nie sadził na wyjałowionej ziemi rolniczej. One same wybrały sobie najodpowiedniejsze miejsca. Nikt ich nie hybrydował ,by stworzyć jednolite uprawy. Nie modyfikował genetycznie dla uzyskania większych plonów. Dzikie owoce są silne i odporne na ciężkie warunki. Wiatr je smaga, słońce przypieka, mróz mrozi. A one bez środków ochrony, nawożenia, podlewania są zdolne przetrwać i dorodnie dojrzewać w słońcu. Rośliny uprawne w takich warunkach nie miałyby szans. To świadczy o ogromnej sile, którą możemy z nich czerpać.
Jesienią Apteka Natury pęka w szwach. Zebrane dzikie owoce możemy suszyć, robić z nich przetwory. Będą naszą życiową siłą, najlepszym z możliwych uzupełnieniem składników odżywczych. Poprawią odporność, dodadzą energii, przydadzą się w każdej domowej apteczce.
Ja dziś nazbierałam owoców dzikiej róży i głogu. Zachęcam do listopadowych spacerów:)
Wakacje minęły, lato się skończyło, jesień w pełni a u mnie jakoś nic się nie działo. Znaczy w sferze blogowania, bo w realu i owszem. Były wyjazdy nad morze, w góry, i po okolicy. Dużo rowerowych wycieczek. Potem powrót do pracy, ogród itd. itd.
Czas zabrać się za pisanie. Dwa tygodnie temu wybraliśmy się na wycieczkę. Miały to być Karkonosze – niedaleko, Śnieżkę widzę od siebie. Jednakże pogoda była kiepska, deszczowa i nie było sensu iść w góry. Postanowiliśmy zrobić tzw. objazdówkę. Pierwszym celem był Siedlęcin – wioska niedaleko Jeleniej Góry. Lubię tam jeździć ze względu na targ.
Rolnicy, rzemieślnicy, artyści oferują szeroki wachlarz towarów i usług. Począwszy od mleka, sera, pachnących bochenków chleba, wyśmienitych tart, pierogów, ekologicznych warzyw, mąk i miodów, kończąc na naturalnych kosmetykach, rzeźbionych naczyń czy lnianych obrusach. Targ Pod Wieżą odbywa się w każdą sobotę od godziny 10.00 do 13.00 w tuż przy Wieży Książęcej. Można tu spędzić miło czas smażąc kiełbaski przy ognisku, relaksując się na leżakach (przy odpowiedniej pogodzie) lub zwiedzając wieżę.
Pomimo przeróbek Wieża Książęca w Siedlęcinie zachowała pierwotny wygląd. Zbudowana została z kamienia na planie prostokąta, jest podpiwniczona, posiada cztery kondygnacje przykryte czterospadowym dachem. Zachował się gotycki portal wejściowy, okna z kamiennymi zdobieniami oraz cztery wykusze latrynowe. Wokół wieży zachowała się w dużych fragmentach stara fosa wodna i ślady po murze, jaki otaczał niegdyś mały dziedziniec. W pobliżu wieży znajduje się dwukondygnacyjna oficyna mieszkalna oraz zabudowania folwarczne. Budowę gotyckiej wieży rozpoczęto najprawdopodobniej około 1313 r. na zlecenie księcia jaworskiego Henryka I. Atrakcją są jedyne na Śląsku, stosunkowo dobrze zachowane, wysokiej klasy artystycznej, średniowieczne malowidła ścienne. Freski są unikalne także ze względu na swoją świecką treść – przedstawiają bowiem m.in. sceny związane z ówczesnym życiem dworskim i rycerskim. Rangą porównywalne są do cyklu fresków na zamku Rodenegg w Tyrolu. W niszy okna północnego znajdują się malowane tarcze herbowe rodziny von Redern i von Zedlitz z ok. 1369 – 1370 r., a na ścianie obok są dwie sylwetki rycerzy konnych.
My tym razem nie zwiedzaliśmy wieży, głównym celem był targ.
Tuż obok płynie Bóbr, jeszcze duży i groźny. Widać skutki niedawnej powodzi.
Z Siedlęcina pojechaliśmy do Szklarskiej Poręby na pyszną kawusię i deser. Potem jeszcze spacer w okolicy Jakuszyc – cały czas mżył deszcz z małymi przerwami.
Wreszcie przyszedł czas na prawdziwą atrakcję tego dnia. Nasze odkrycie, nawet nie wiedzieliśmy, że blisko nas znajduje się taka perełka – pałac w Ciechanowicach. W rękach prywatnych od 2004 roku.
W XVI w. był to renesansowy dwór otoczony fosą. Pierwsza udokumentowana informacja dotycząca budowli sięga roku 1568. Obiekt został przebudowany na barokowy pałacyk na początku XVIII w. Kolejna przebudowa miała miejsce w 1846 r. dla hrabiego Fryderyka Bernarda von Prittwitza. Od 1970 roku w pałacu mieścił się dom dziecka, a następnie szkoła. W 2008 roku pałac został zakupiony przez Andrzeja Mellera, który sfinansował kompleksowy remont zabytkowego obiektu.
Po 12 latach starannie prowadzonych prac renowacyjnych pałac od niedawna został udostępniony do zwiedzania. Podczas prac renowacyjnych pod tynkiem odkryto XVI-wieczne polichromie pokrywające ściany pomieszczeń pałacu. Są one porównywane przez specjalistów nawet z freskami na Wawelu. Pochodzą z 1556 roku i są jednymi z najstarszych w Polsce, znajdującymi się w obiekcie niesakralnym. Przedstawiają motywy roślinne i zwierzęce, sceny z życia, a także herby właścicieli majątku. W pałacu zachowały się też malowidła z późniejszego okresu, reprezentujące barok i klasycyzm. Pierwszym odsłoniętym freskiem był rysunek św. Jerzego walczącego ze smokiem – od tej pory właśnie smok stał się symbolem i opiekunem pałacu. Ornamenty z iluzjonistycznymi elementami i niemieckimi inskrypcjami, pokrywają niemal całe ściany pomieszczeń na pierwszym piętrze, a także sufit w Sali Rycerskiej.
Równie imponujące co wnętrza są przypałacowe ogrody, zaprojektowane w różnorodnych stylach: angielskim, włoskim i francuskim. Jest to nie tylko ogrodnicza sztuka, ale również miejsce spokoju i refleksji. Ilość różnorodnych roślin i architektonicznych rozwiązań zapewni wiele wrażeń odwiedzającym. Bezpośrednio po zakończeniu prac renowacyjnych rozpoczęto działania mające na celu uporządkowanie i rekonstrukcję terenów przyległych do pałacu, skupiając się przede wszystkim na przywróceniu do stanu pierwotnego fosy i mostu.
Duże wrażenie robi romantyczny amfiteatr oraz tzw. „świątynia dumania” – Arkadia, a także fontanny w centralnej części parku, gdzie dominują również latarnie. Całość terenu parkowego została otoczona murem wykonanym z kamienia.
Niepozorny z zewnątrz pałac wraz z imponującym otoczeniem najlepiej odwiedzić wiosną lub wczesnym latem, gdy całość wygląda bajkowo.
https://palacciechanowice.pl/palac/
My zwiedzaliśmy w nieco deszczowej aurze ale i tak pałac i ogrody wywarły na nas ogromne wrażenie. Wnętrza zwiedzaliśmy z przewodnikiem tylko my we dwoje – atut deszczowej pogody:)
Na koniec napiszę jeszcze o spotkaniu autorskim z młodym pisarzem Sławkiem Gortychem, który zawitał do Złotoryi. Mnie osobiście bardzo się podobają jego trzy książki – seria z wątkiem kryminalnym i historycznym o Karkonoszach. Znam miejsca i schroniska o których pisze autor, dlatego jeszcze bardziej mnie zainteresowały jego powieści. Czekam na czwartą część, która ma się ukazać w maju przyszłego roku.
Pozdrawiam z Dolnego Śląska.
W starożytności ceniono je jako lekarstwo i pożywienie, nie spożywano na surowo. Dawne odmiany były bardzo twarde, wymagały długiego gotowania by nadawały się do zjedzenia. Rzymianie gruszki zapiekali, gotowali, dusili z miodem i przyprawami.
Od XVIII zaczęto uprawiać odmiany, które znamy dziś, o bardziej miękkim, słodszym miąższu. Ale i współczesne zawierają twarde komórki kamienne nasycone solami mineralnymi.
Grecy stosowali gruszki przy nudnościach, zaparciach i dla oczyszczenia przewodu pokarmowego. Św. Hildegarda twierdziła, że oczyszczają żołądek: „Spożywane na surowo wywołują bóle głowy, gotowane są dobre na trawienie, bo zabierają ze sobą zgniliznę”.
Gruszki mają chłodną naturę. Słodki, lekko kwaskowaty smak działa na kanały energetyczne płuc, żołądka i śledziony. Usuwają nadmiar gorącej wilgoci, śluzy i flegmę. Nawilżają tkanki płuc i przewodu pokarmowego. Pomagają złagodzić kaszel, oczyszczają zatkany nos i zatoki. Gotowane gruszki w połączeniu z rozgrzewającymi ziołami wspierają układ pokarmowy.
TCM (Tradycyjna Chińska Medycyna) zaleca gruszki jesienią ze względu na zdolność odżywiania płuc i usuwania gorąca z ciała. Soczysty miąższ równoważy suchość, która często pojawia się po ochłodzeniu pogody.
Nawilżają płuca i łagodzą podrażnienia dróg oddechowych. Idealne na jesień, kiedy częściej występuje suchość gardła, krtani, kaszel - ich spożywanie złagodzi objawy.
Działają chłodząco, wskazane przy nadmiarze ciepła, gorączce, stanach zapalnych dróg oddechowych i gardła.
Chociaż gaszą pragnienie, działają moczopędne, usuwają nadmiar płynów.
Gotowane z rozgrzewającymi ziołami lub przyprawami typu: imbir cynamon, wspomagają trawienie, oczyszczają żołądek, śledzionę i przewód pokarmowy.
Grusze [Pyrus communis] należą do rodziny różowatych, są spokrewnione z pigwą. Szacuje się, że jest ich ponad 70 gatunków, do tego łatwo się krzyżują tworząc liczne podgatunki. Większość gruszek ma podobną wartość odżywczą i właściwości.
Zawierają flawonoidy, przeciwnowotworowe polifenole, kwasy fenolowe, garbniki, arbutynę (rozjaśnia skórę), kwasy tłuszczowe, cukry, białka i sporo błonnika. Ponadto witaminę A, E, K, wapń, żelazo, kwas foliowy, magnez, fosfor, żelazo, selen. Najwięcej aktywnych związków jest skoncentrowanych w skórkach. Obecne w miąższu komórki kamienne (sklereidy) stymulują perystaltykę jelit i zapobiegają zaparciom.
Badania donoszą, spożywanie gruszek wspiera układ odpornościowy, serce i skórę. Zmniejsza problemy z zaparciami, występowaniem kamieni nerkowych.
Świeże, dojrzałe gruszki można spożywać na różne sposoby. Surowe mogą być zbyt ciężkostrawne dla słabych żołądków. Gotowanie gruszek z dodatkiem naturalnego cukru, miodu i przypraw zwiększa działanie odżywcze na płuca, pomaga przy kaszlu, katarze, bólu gardła.
Kompot z gruszek czyli leczniczy wywar
Umyte, pokrojone 3-4 gruszki zalać 1,5 litra wody. Dodać goździki, pół laski cynamonu lub wanilii, gotować do miękkości. Zdjąć z ognia, dosłodzić miodem. Z dodatkiem świeżego i odrobiną suszonego imbiru kompot będzie bardziej „gorący” pikantny. Rozgrzeje żołądek, płuca i klatkę piersiową.
Ps. Przepraszam, że nie odpisywałam na komentarze - będę to nadrabiać:)