[go: up one dir, main page]

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspominki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspominki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 marca 2013

Historia pewnej "Frau"

Róże lubię od zawsze ,choć nie zawsze je uprawiałam. Były czasy kiedy rosły one tylko w wazonach przyniesione z kwiaciarni lub z ogródka sąsiadki.W ogrodzie mojej mamy rosła jedynie  pnąca "Dorothy Perkins". Kwitła zawsze chmurą pachnących kwiatów na początku wakacji. Róże w ogrodzie nie kojarzyły mi się najlepiej. Różana rabatka sąsiadki przez większość roku wyglądała dość smutnie. Gdyby sąsiadka wpadła na to żeby o róże odpowiednio dbać i  dodać im trochę towarzystwa, to może nie zraziłabym się do uprawy róż na tak długo.Wszystko zmieniło się wraz z zakupem naszej nowej działki. Jeszcze zanim zamieszkałam na nowym miejscu, moi przyszli sąsiedzi przy każdej okazji wspominali jakiż to piękny ogród miała pani B - matka i babka kobiet ,od których kupiliśmy działkę). A jakież miała cudne róże!!!Róże? Jakże w tym gąszczu podagrycznikowo tawlinowym i na tym piachu mogły rosnąć róże ?- myślałam sobie. Ale krąg piewców pięknych róż Pani B sukcesywnie się powiększał więc doszłam do przekonania ,że coś musiało być na rzeczy.Wiosną okazało się,że rzeczywiście róże musiały tu kiedyś rosnąć ponieważ wycinając gąszcz tawliny tu i ówdzie natrafiałam na suche , kolczaste pędy róż. Instynkt nakazał mi wyciąć  wszystko co suche (czyli wszystko w zasadzie) , rozluźnić wokół ziemię i nawieść. Na efekty nie musiałam czekać długo. Zakwitły jeszcze tego samego lata. Ale nie wszystkie. Wśród krzewów było kilka , które nie zakwitły w tym sezonie. Jednak w przyszłym już tak. Najpierw pojedynczymi kwiatami a po kilku latach już całą chmurą. To były remontantki ale o tym dowiedziałam się dopiero , gdy zakupiłam sobie swój pierwszy "różany " podręcznik.A była to książka Wernera Gottschalka "Poradnik dla miłośników róż" ,wydana  przez PWRi L w 1991 roku.Książka zdecydowanie bardziej do czytania niż do oglądania. Jest tam i trochę historii i botaniki i mnóstwo praktycznych porad ,no i w końcu opisy odmian. To po opisie właśnie a nie po zdjęciu (bo takiego tam nie było) dowiedziałam się ,że tym krzewem z jednym kwitnącym kwiatem jest wyhodowana przez Lamberta w 1901 roku "Frau Karl Druschki".

Bardzo duży ,nieco spiczasty pąk o lekko różowym zabarwieniu. Potem róża jest czysto biała. Fryzowane działki kielicha chroniące pąk dodają mu piękna.Róża ta ma dużo drobnych kolców co dosyć utrudnia jej pielęgnację.
 Morza kwiatów miałam się doczekać w następnych latach i tak też się stało.Tylko ubiegły rok znowu był marny ,bo po przemarznięciu wszystkich pędów musiałam znowu ją mocno przyciąć. W tym roku powinna już pięknie zakwitnąć na ubiegłorocznych pędach. Kwiaty ma śnieżnobiałe ,bardzo duże i pełne.Pąk ogromny o szlachetnym wydłużonym  nieco kształcie a  zewnętrzne  jego płatki lekko różowiejące. Pokrój dość sztywny , choć pod naporem ogromu kwiecia często pędy się chylą mocno ku ziemi. Liście jasnozielone i zdrowe .Jedyne jej wady to to ,że nie pachnie niestety i to ,że przekwita.(ale to wada wszystkich kwiatów)  Nie wiem kiedy była posadzona moja róża ale mam podejrzenia ,że jeszcze przed wojną bo wtedy to mieszkająca w sąsiadującym dworku córka ich właścicieli ,studentka ogrodnictwa ,sprowadzała do przydwornego ogrodu różne rarytasy i dzieliła się ze swoją przyjaciółka panią B. Róża rośnie na tym samym miejscu na skraju trawnika tuz obok nowej ścieżki do domu (kiedyś to pewnie był sam środek rabat kwiatowych).Dwa lata temu stała się rzecz dziwna . Otóż, w odległości około metra od krzewu wyrósł nowy różany pęd. Początkowo go usuwałam przy okazji strzyżenia trawnika ale on się nie poddawał. Wyrastał z coraz większą chęcią życia.Ponieważ w ubiegłym roku zaniechałam koszenia tego co było trawnikiem a stało się łąką, więc i młoda róża miała szansę niekontrolowanego wzrostu i .....zakwitła. Okazało się,że to Frau.Trochę to dla mnie dziwne ,bo pierwszy raz spotykam się z takim samorozmnożeniem  się róży. Jesienią wykopałam cały młody krzew i podzieliłam na trzy . Tym sposobem duch pani B. będzie zdobił ogrody blogowych koleżanek z centralnej Polski i Belgii. Czekam na kolejne pędy i kolejne chętne ogrodniczki.
Pod ciężarem kwiatów, długie i sztywne pędy wyginają się mocno i kładą w tym przypadku na trawnik.Pędy rosną do wysokości ok. 2 metrów.

Na pierwszym planie również pamiątka po Pani B. Wyrosła na skarpie z  niczego po kilku latach niebycia. Za nią ścieżka a za ścieżką biała "Frau"


Bardzo pełna , dopiero po całkowitym rozwinięciu widać co tam ma w środku.


Po rozchyleniu się pierwszych różowych płatków widać już śnieżną biel.

Kwitnie do późnej jesieni. Przeważnie na zimę zostaje z wieloma nierozwiniętymi pakami. Tutaj zmrożona w połowie rozkwitu.


Po lewej to ona położona nieco

A wiosną ubiegłego roku tak łyso. Ta dziura w trawniku tuz przy ścieżce to nowy krzew. Na krawędzi zdjęcia widać fragment matecznej rośliny przyciętej do zera. Chyba powinnam  okryć ją bo zapowiadają mróz.

czwartek, 14 lutego 2013

Jak to było bez altanki


Pierwsze lato w naszym ogrodzie. Jak widać kwiaty , głównie jednoroczne.Nagietki ,aksamitki , nasturcje , mieczyki. Róże ,to te które przetrwały lata zaniedbania. Jeszcze wtedy nie wiedziałam ,że tak je pokocham.


Placyk przed domem zasiałam trawą ,żeby dzieci miały miękko i się zbytnio nie brudziły ( i tak się brudziły).Paprocie po prawej i po lewej stronie zdjęcia to wieloletnie okazy(już wtedy były dorodne) . Są do dziś w nienaruszonym stanie.Za paprocią po prawej widać kawałek pochylonego pnia . To jabłonka , za którą za lat ponad 10 stanie altanka. Co z tego jeszcze zostało?

To dokładnie to samo miejsce . Widać fragment muru stodoły i konary starego lilaka. Paproć ta sama .Róża po poprzedniej właścicielce ogrodu , niestety ubiegłej zimy nie przetrwała .Nie ma już trawnika tylko granitowy bruk. Od miejsca ,gdzie na poprzednim zdjęciu drewniana belka zapobiegała wypłukiwaniu się ziemi podczas deszczu ( i tak się wypłukiwała) zaczynają się schody, już mocno w tej chwili zarośnięte.

No i mamy kwietniową paproć tę samą co na starym zdjęciu  po prawej stronie. :-)

A tu widać najlepiej. Ten pochylony pień to jabłoń, pod którą teraz stoi sobie altanka.W tle sosna i jedna kulka bukszpanu ,którą przywlekłam z ogrodu mojej mamy. Aneczka zasłania drugą.


Ta sama jabłoń ale już inne tło. Jest dom i jest altana.


Są też wspominane bukszpany i ich dzieci.

I kawałek sosny też wystaje zza domu ,no i Aneczka jest trochę duża jakby.


A taka była mała i słodka jak te jabłka ,które i teraz są takie. Z tym ,że teraz w tym miejscu , gdzie stoi kosz wije się ścieżka do naszego domu. No i tak to bez altanki było. Inaczej. 20 zim robi swoje.

środa, 6 lutego 2013

Małgosia

Dziś , gdy znowu spadł śnieg a wiosna dała krok w tył , ta roślinka cieszy jeszcze bardziej. Żywa zieleń jej drobniutkich listków łapie nas za oczy i zabiera w krainę wiecznej zieloności. Z roślin tak zwanych pokojowych jest to jedna z moich najulubieńszych. Po pierwsze jest niezniszczalna a po drugie jestem przez nią mocno związana z pewną osobą a właściwie już tylko ze wspomnieniem o niej. Małgosia ,była moją bliźniaczą kuzynka. Urodziłyśmy się w tym samym dniu. Ona była zaledwie kilka godzin starsza. Rodzinna anegdota mówi ,że nasi rodzice spotkali się na uroczystościach chrztu starszej od nas o 10 miesięcy kuzynki . Ponoć tak bardzo spodobało im się maleństwo ,że nie zważając za bardzo na swój wiek i na to ,że mają już dorosłe prawie dzieci , postanowili niezwłocznie powiększyć rodziny. Nasza starsza kuzynka urodziła się w lipcu a chrzest prawdopodobnie odbywał się w sierpniu. My z Gosią urodziłyśmy się końcem maja następnego roku. Jakby nie liczyć wszystko się zgadza. Przez wiele lat wszystkie trzy wspólnie spędzałyśmy lato raz tu raz tam (na tamte czasy to były zawsze ogromne wyprawy , teraz to 3 godziny samochodem ).Coraz częściej jednak ciocia Joanna nie zgadzała się na wyjazdy Gosi. Byłyśmy oczywiście zawiedzione ,bo siedzieć cały czas u niej też nam się nie chciało. Goska zresztą też coraz mniej chętnie brała udział w naszych zwariowanych zabawach. Raczej nie oddalała się zbytnio od domu ,podczas gdy my z Elisabeth podbijałyśmy coraz to nowsze i dalsze rewiry.Nikt nam tego nie powiedział ale Gosia już wtedy zmagała się z chorobą.Zaraz po naszych osiemnastych urodzinach przyszła diagnoza : gościec stawowy. Nie było internetu ale z wszelkich istniejących źródeł dowiadywałyśmy się co to . Nie było dobrze. W ruch poszły wszystkie możliwe środki aby leczyć i umarzać ból.Bywało lepiej i gorzej. Jak było gorzej Gosia nie chciała nikogo widzieć. Jak było lepiej wyszukiwała sobie osoby , którym było jeszcze gorzej i pomagała ile tylko mogła. Pomoc innym i to ,ze czuła się potrzebna trzymały ją przy życiu. Odeszła mając 45 lat. Nie było łatwo się z tym pogodzić ale wiem ,że ona już tak chciała, że była już bardzo zmęczona. Soleirolia , to roślina od niej właśnie. Kochała się otaczać kwiatami. Swój maleńki przedokienny ogródek miała zawsze pełen kwiecia a domowe parapety były obstawione miedzy innymi soleirolią. Mówiła ,że póki ta roślina żyje to i ona będzie żyć. Mam ją u siebie już od ponad 10 lat. Co wiosnę odmładzam stare rośliny , robiąc dużo nowych sadzonek. Wciskam je wszędzie gdzie się tylko da. Jedyne czego jej trzeba to woda i światło. Najlepiej gdy jest lekko rozproszone. Podróżując po Włoszech spotkałam piękne kobierce tej rośliny rosnące miedzy kamieniami ścieżki. To prawda ,że znosi chłód i nawet przysypana śniegiem nie martwi się zbytnio. Jednak nasze mrozy ją zabijają. Myślę ,że oranżeria byłaby świetnym miejscem dla niej. I tym sposobem ,gdy patrzę na tę zieleń, gdy dotykam jej delikatnych listków , myślę sobie - ech Małgosia.

















czwartek, 13 grudnia 2012

Byłam śnieżynką

Nie da się spać kochani .Nie da się  przy takim słoneczku i gdy kosmiczny pył błyszczy w atmosferze. Tak, dziś był ten magiczny zapylony dzień. W taki dzień to się człowiek nie boi zajrzeć nawet w najciemniejsze zakamarki swojego domu. Zrobiłam to dziś ,chociaż już od dawna miałam to w planie. Nie jestem chomikarą. Raczej wyzbywam się rzeczy. Czasem coś przechowuje z sentymentu ale naprawdę tego niewiele. Po mamie zostawiłam sobie jedną spódnicę, którą nosiła będąc w moim wieku ( to ona chomikowała) i o zgrozo odkryłam ,że ojoj ciężko w nią się wcisnąć a raczej powiedziałabym ,że nie ma najmniejszych szans. Drugą szmatką jest bluzka, która mama uwielbiała i bardzo często w niej chodziła. Nie przepadałam za nią.......do momentu aż sama nie ubrałam .Nie nosze jej ponieważ nie chcę przywoływać tacie wspomnień związanych z mamą. Chyba unika ich , tak jak i ja. Ale kiedyś pewnie ją ubiorę. Dziś jednak nie o tym miało być. Dziś humor mam mocno wesoły za sprawą pewnego pudełka .A w pudełku coś w co też się nie mieszczę ale trudno się zmieścić w sukienkę , którą nosiło się ponad czterdzieści lat temu.
Otóż moja mama odkupiła ją od swojej koleżanki z pracy z moich wyliczeń wynika ,że lat temu 42.Sukienka miała być strojem komunijnym jej córki(córki koleżanki) ale okazała się za mała. Nie wiem jakim sposobem ale została sprowadzona z samej Anglii . Nie mam pojęcia ile mama za nią zapłaciła ale podejrzewam ,że święta tego roku mieliśmy wyjątkowo skromne.  Tak się złożyło ,że w przedszkolu jak co roku była organizowana zabawa choinkowa i miałam być jedną ze śnieżynek. Biała sukienka była więc niezbędna. Odnalazłam tamten czas na zdjęciu.Pierwsza z prawej to sześcioletnia Maszka.Z pierwszą z lewej przyjaźnimy się do dziś. W środku pani Krysia , która była najcudowniejszą ciocią. Po wyjściu z przedszkola nigdy więcej jej nie spotkałam. Szkoda.
Moda mini królowała jak widać. Widać też ,że dekolt sukienki i brzegi bolerka były obszyte puszkiem i pamiętam ,że kto się tylko mnie dotknął od razu był zapuszkowany.Sukienka po wielu latach chomikowania przez moją mamę powędrowała do mojej młodszej ode mnie o 12 lat siostrzenicy .Potem siostra dała jakiejś swojej koleżance i słuch o niej zaginął. Kilka lat temu o dziwo się odnalazła i wróciła do mnie. Moja córa już nie zdążyła w niej pochodzić. Zresztą , kto by teraz chodził w takich koszmarnych sztucznościach.? Może znowu wróci moda i jakaś wnusia się załapie .I tym sposobem stałam się chomikarą.
Idąc za ciosem pokaże jeszcze Maszkę trzyletnią ( te kropki na zdjęciu to ślady po igle od maszyny. Ze też mama pozwalała mi się tak bawić). Ja to ta z lewej z dzwoneczkiem. Byłam bardzo dumna z tego ,że to mnie Mikołaj dał podzwonić i pamiętam to do dziś.

I Maszka czteroletnia .Tę mini sukienkę pamiętam też dokładnie. Była blado różowa. Miała biały kołnierzyk i mankiety i strasznie ciężko przechodziła przez głowę , dlatego jej nie cierpiałam . No ale na balu trzeba było mieć lansik.Zauważcie paczki w ekotorbach oraz strój Mikołaja. Niby zdjęcia czarno białe ale od razu widać ,że nie są to czerwone sukienki.
Niestety nie mam Maszki pięcioletniej. Może zaniemogła na bal?