[go: up one dir, main page]

„Teraz nie czas myśleć o tym, czego nie masz. Myśl, co potrafisz zrobić z tym, co masz.” – Ernest Hemingway

19 stycznia 2026

Łączyć zamiast dzielić.

 

Wczoraj rano mgła, mgła ogromna, mgła gęsta, nieprzenikniona mgła. Stłumiła ona wszelkie odgłosy, było niesamowicie cicho, tajemniczo, otulał mnie świat jeszcze uśpiony.

O 6 rano ciemnawo, ale już nie muszę używać latarki podczas spaceru z Bezą wokół ogrodu. I około 17 też już nie. 


 

Dzień się wydłuża, co tchnie optymizmem. Żeby jednak nie było zbyt fajnie, zapowiadają mocne mrozy. A ja, jak zawsze, biorę poprawkę, że u nas będzie lżej. Może nie – 10, a tylko – 6 stopni nocami będzie? A przez dzień ma być ciut powyżej zera. 


Wracając do wczorajszego, dnia. Mgła snuła się do 13, potem, wyjrzało słońce- górą, bo dołem jeszcze smugi mgliste pełzały nad ziemią. Na termometrze -3 stopnie, czyli? Czyli jedziemy na krótka wyprawę. No i pojechaliśmy w chaszcze, zarośla i wody leniwe. Mówiąc normalnie, pojechaliśmy w teren, zobaczyć nowy most pieszo- rowerowy, łączący brzegi Olzy- polski z czeskim. Pojechaliśmy, a podczas jazdy otaczał nas bajkowy, zimowy świat. Wszędzie- na płotach, krzakach, drzewach, badziewiach, trawach siedziała szadź. Skrzyła się w promieniach słońca, kontrastowała bielą z sinawym niebem, z żółtymi i brązowymi plamami, widocznymi na łąkach oraz polach. 


 

Pojechaliśmy od czeskiej strony, bo tam Czesi już zrobili dobry dojazd oraz można bezpiecznie wejść na most. Po polskiej stronie, na początku mostu, jest uskok- gminie zabrakło pieniędzy na dokończenie dojazdu, ale już wójt obiecał, że w tym roku zejście będzie wykończone. I ja mu wierzę, bo to rzetelny człowiek (gmina sąsiaduje z naszą).

Most łączy wieś Pogwizdów z czeską wsią Louky (Łąki). Przed I wojną światową te dwie wsie były pod panowaniem austriackim, a region nazywał się Śląsk Austriacki. W Pogwizdowie urodziła się moja babcia- matka ojca. Była córką gospodzkiego. Obok ich gospody wiodła droga do brzegu Olzy i dalej, przez rzekę, do Łąk. Nie wiem, czy tam były wtedy jakieś mostki, czy tylko bród, ale podobno ludzie tamtędy chodzili na drugą stronę Olzy.

Mój tata opowiadał, że jak Polacy, w 1938 roku, „odebrali” sobie Zaolzie, to tam nie było granicy i on się w miejscu, gdzie teraz jest nowy most, kąpał w Olzie. Wynika z tego, że poszliśmy „tropem wspomnień”, choć ja dopiero, będąc już na miejscu, skojarzyłam sobie, że chyba o nim ojciec opowiadał.

Od gór.

I na zachód w stronę Odry

Most jest architektonicznie bardzo ładny. Proporcjonalny, lekki, ładnie wkomponowany w przyrodę. Nie miałam wrażenia, że go na siłę wsadzono w otoczenie. Wykonany starannie, żaden bubel, z dbałością o bezpieczeństwo użytkowników- solidne zabezpieczenia przed wpadnięciem do wody. 


 

Kurcze, bardzo mi się spodobał. Mam zamiłowanie do dobrej architektury, obojętnie czy dużej, czy małej i cieszę się, kiedy powstaje jakiś obiekt, który współgra z otoczeniem oraz estetycznie jest dopasowany.

Po czeskiej stronie. 


 

Na polskim  brzegu taki baner,


 


Nie byliśmy tam długo, a jednak trochę spacerowiczów się przewinęło. Pewnie latem most będzie miał duże „wzięcie”. Po czeskiej stronie, obok niego, wiedzie szlak rowerowy. Czesi to w ogóle są bardziej niż Polacy, pod względem małej turystyki, zorganizowani i nastawieni na przeciętnego użytkownika. Mają pełno ścieżek rowerowych, przy których są wiaty na odpoczynek, miejsca widokowe- ścieżki są równe, bezpieczne, miejsca wypoczynku czyste, zadbane. No i wszędzie są tablice informacyjne, opisujące miejsca, w których się jest. 


 

Wycieczka krótka, zdawałoby się w miejsce mało interesujące, a jednak wszyscy jesteśmy zadowoleni. Beza, bo pupsko przewiozła i nawąchała się po wsze czasy, Jaskół, bo wyrwał się z domu, a ja, bo... no bardzo lubię właśnie takie nieobowiązujące wyprawy, gdzie wszystko można podciągnąć pod: ”a to przecież takie ładne, a to przecież takie ciekawe, a to przecież....”

Nakręciłam dwa filmy. W niektórych momentach za szybko przesuwałam obiektyw, ale jak się film ogląda na dużym ekranie, to oddaje urok tego miejsca. Pierwsza część jest kręcona na moście, druga na czeskim brzegu. Na nim widać głównie brzeg polski. Pod koniec znów szybko lecą obrazy, bo Beza zakręciła się ze smyczą wokół moich nóg i musiałam trzymać pion, a aparat swoje wyczyniał.

 


Muzyka: Chris Rea "Looking for the Summer" (New Generation Mix) (ver. 2) - Digital Master VideoEdit

Droga z Karviny do Petrovic


 Zrobiłam sporo zimowych zdjęć z tą piękną szadzią, wykorzystam je do następnej prezentacji o zimie.


16 stycznia 2026

A tymczasem codzienność z dentystycznym horrorem w tle.


 

W poniedziałek Beza zaliczyła dwie weterynarie. W pierwszej wizyta kontrolna po antybiotyku i dodatkowo jeszcze USG pęcherza. Poślizg czasowy- 40 minut. Straszne. Tam Beza bardzo się stresuje. Do tego stopnia, że z miejsca zaczęła tracić futro. Sierść wychodziła z niej garściami. I strasznie jej drżała broda, cała się trzęsła. To ciekawe, bo przecież tam bardzo miła obsługa, panie weterynarze spokojne, przyjazne. A jednak... Jakoś tak chłodno? Oficjalnie? USG wyszło dobrze, Beza została wyleczona.


Potem wizyta u naszych- „wujka” oraz „ciotek”. Wróciliśmy na weterynaryjne „memłono” z radością oraz lekkim poczuciem winy, że zaliczyliśmy konkurencję. „Wujek” się tłumaczył, myśmy się tłumaczyli, zrobiło się familijnie, radośnie i prześmiewczo. Bezie obcięto pazurki, wysłuchano bicia serducha, wyczyszczono uszyska i sprawdzono zęby. Przegląd wypadł pomyślnie. Przy następnym obcinaniu pazurków, będzie pobierana krew do badania- trzeba sprawdzić, czy w środku Bezy wszystko w porządku. Jest tylko jeden paskud w tym całym psim interesie- Beza traci słuch i słyszy coraz mniej. Ale za to wzrok ma w porządku, a węch jakby „podwójny”. No cóż, natura uzupełnia braki słuchu, lepszym węchem. A my uczymy jej rozumienia dodatkowych gestów, które ona dosyć szybko łapie.  


 

Wczoraj byłam u dentysty. Najpierw pomęczył mnie przy usuwaniu kamienia, a potem dodatkowo szorując piachem po zębiskach. Najgorsze były odgłosy- jakbym była w wielkiej hali produkcyjnej, w której szlifierki i piły pracują na cały regulator. Wszystko to huczało w mojej głowie- wyło, piszczało i zgrzytało. Jeszcze po wyjściu z budynku byłam tak oszołomiona, że musiałam sobie chwilę posiedzieć w samochodzie i ochłonąć, zanim zapuściłam silnik. Zawsze u dentysty nie to majstrowanie przy zębie mnie stresuje, tylko odgłosy, jakie temu towarzyszą. Brrrrrrr...Przed piaskowaniem, lekarz chciał mi nałożyć specjalną maseczkę, chroniącą przed pyłem piaskowym, ale ja mam klaustrofobię, jak nałożył  szybko ją zdjęłam. O nie, unieruchomiona na fotelu, paszcza otwarta na stale, sączki, jakieś waciki i jeszcze „ściana” na twarzy- następne „ograniczenie”, było ponad moje siły. Skończyło się na nałożeniu okularów, chroniących oczy. Po zabiegu poszłam do WC umyć twarz z pyłu piaskowego- popatrzyłam w lustrze na swoje zęby, spodziewając się widoku ślicznych, apetycznych, błyszczących ząbków. Przeżyłam lekki szok. Mało powiedziane- to, co zobaczyłam to był horror. W szczelinach pełno krwi. No wampir, po prostu jakbym wróciła z wampirzej uczty. A jak przejechałam językiem po zębach, to były tak szorstkie, że przestraszyłam się, że mi doktor szkliwo z nich zdarł. Fuj, brzydkie, bez połysku, z wypukłościami żółtawymi. Rozpacz mnie ogarnęła. Ale dzisiaj już mam fajne czyste, błyszczące zęby. Warto było. To nie było moje pierwsze piaskowanie, jednak poprzednie było bardzo dawno i zupełnie innymi metodami. Teraz jest o niebo lepiej- mniej bólu, szybciej idzie i efekt lepszy.

Przed usuwaniem kamienia dentysta stwierdził, że nie ma żadnych ubytków, po piaskowaniu wyszła jedna mała dziurka. Muszę zaliczyć jeszcze jedną wizytę. W sumie to jestem zadowolona, bo ostatnio byłam tam 1,5 roku temu i od tego czasu nic złego, oprócz tego maleńkiego ubytku, z zębami się nie dzieje. No i nie mam żadnego „obcego”. Nie mam pojęcia, ile tak naprawdę miałam zębów od urodzenia. Człowiek może mieć od 32 do 28 jeżeli nie rodzi się z zębami mądrości, mam 23 zdrowe własne (brak wszystkich 6, no i chyba mądrości+ jedna czwórka- szczegółowy jakiś raport tu teraz zadaję swego uzębienia?😄😄😄). Przypomniałam sobie, że jak miałam 10 lat, we własne urodziny, podreptałam do dentysty, bo bolał mnie strasznie ząb. Goście czekali, tort czekał, impreza czekała, a ja ściśnięta strachem na sztywniaka, siedziałam na fotelu i cierpiałam męki piekielne. Ten sadysta, na żywca wytargał mi jeden ząb z tyłu. A po wszystkim mnie wyrwało z tego fotela i tak wiałam, że nawet drzwi do gabinetu nie zamknęłam a dziękować nie miałam zamiaru. Zresztą zaryczana byłam i przez łzy mało widziałam. Za co tu dziękować? Uciekałam by być jak najdalej od tego mordercy zębów dziecięcych. Zanim dotarłam do domu, przez las i łąkę, ból trochę minął, humor mi wrócił i urodziny się udały.  A ten dentysta taki fajny miał samochód- Cortinę z wielkimi okrągłymi lampami i ta Cortina bardzo mi się podobała. Za to dentysta stracił w moich oczach i już nigdy do niego nie poszłam. 

Czy to była pierwsza wyrwana 6 czy ząb mądrości, nie wiem. Wiem tylko, że przez następne lata miałam straszliwe opory iść do dentysty. Wolałam się truć pyralginą w płynie, by uśmierzać ból, niż siąść na fotelu dentystycznym. A zwrot „O tam leci ptaszek”, którym zbajerował mnie ten zbir dentystyczny, co pomyślę o zębach, świdruje mi w głowie. Kiedy znalazłam fajnego dentystę, zaczęłam na poważnie zęby leczyć i uratowałam większość. W czasach mojej młodości, to szybciej rwano, niż leczono, a jak leczono, to robiono to tragicznie. Jak na starą (w seksownym wieku), wiejską babę, zębny wynik mam chyba bardzo dobry. A  samo usuwanie kamienia nie daje tak fajnego efektu, jak piaskowanie.

A co w przyrodzie? Odwilż, panie, odwilż. Nie gwałtowna, taka sobie. W każdym razie nie ma wody w piwnicy, czyli nie mamy dodatkowej roboty. A w dodatku znów prognozują mrozy nocami, co skutkować będzie wolniejszym topnieniem się śniegu przez dzień. I niech tak będzie. W końcu nawet cały jeden miesiąc zimy jeszcze nie minął, to czego tu po pogodzie oczekiwać.  

Jeszcze na ramie.

Skończyłam ten upierdliwy chodniczek w drobne paseczki. Nawet go wykończyłam. Jeszcze czeka go podszycie jakąś tkaniną. Żadne cudo, ale włóczki niefajnej zdecydowanie ubyło, a o to przecież cały czas mi chodzi. 

 Podszyty, ale jeszcze bez podszewki.

To, co nie wyszło, omówię na blogu robótkowym. 

Na krośnie dziewiarskim zrobiłam trzeci kawałek i potem wszystkie trzy zszyłam. Problem w tym, że ani szew materacowy, ani szew na okrętkę, niezbyt nadają się do zszywania takich luźno dzierganych kawałków. Muszę poszukać innego sposobu zszywania.



Na ramie z gwoździkami już nawinięta nowa, gęsta osnowa. Będzie nowy gobelin. Na razie tkam zarobienie. Przędza jest cienka, szykuje się długie tkanie. Tym razem zobaczę, jak tka się cienką przędzą (na szczęście szorstką i dosyć twardą) na gęstej osnowie.


 

12 stycznia 2026

Ooooooooo, ja cie pierdolę, czyli prawdziwa masakra piłą mechaniczną.

 

Wycięli najpiękniejsze drzewo w ogrodzie. Nie w naszym, w ogrodzie sister- wielkie ucho. To był (strasznie to brzmi- był) ogromny bożodrzew. Drzewo z dwoma pniami zrośniętymi przy ziemi, o pięknej, rozłożystej koronie.  

Zdjęcia z 2021 roku- jeszcze mocno się rozrósł od tego czasu. Nie ma już tych tui, bo je połamał śnieg- trzeba było wyciąć.


W sobotę rano usłyszałam pracującą piłę mechaniczną. Pomyślałam sobie, że sąsiad tnie drewno, bo on pali tylko drewnem. Jednak ta piła pracowała bliżej. No to pewnie mój pożal się boże szwagier znów coś wycina. Ostatnio wyciął najładniejszą leszczynę, która zasłaniała widok na obskurny wędzok i starą szopę. Po co wyciął? Nie mam pojęcia, ale chyba na opał. Ale to bezsens, bo takim świeżym drewnem nie da się palić. 

 Idę do pokoju z dużym tarasem- nie myliłam się, coś szwagier wycina. Patrzę, a tu już jeden ogromny pień bożodrzewu leży na ziemi, drugi się chwieje. Po chwili słychać stukot siekiery. Miałam nadzieję, że to tylko kosmetyka po wycięciu jednego pnia, a tu nagle trach i drugi pień leci na ziemię. Aż mnie serce zabolało- głos padającego drzewa zawsze budził we mnie rozpacz. 


 

Nie mamy pojęcia, dlaczego tak piękne, dorodne drzewo ścięli. I chyba nigdy się nie dowiem. Pewnie już wiecie z moich wpisów, że z moją sister wielkie ucho, ledwo się tolerujemy. Mieszkamy obok siebie tyle lat, a układy między nami są po prostu złe. I nie będę pisała dlaczego, bo tyle się tego nazbierało, a w całym tym układzie ważna jest tylko informacja- moi sąsiedzi (sister i szwagier) są po prostu nie do przeskoczenia w pewnych kwestiach. No to żyjemy sobie obok siebie, starając się nie wchodzić sobie w drogę. 

 Na bożodrzewie zawsze dużo się działo. A to wiewiórki się goniły po pniu, a to dzięcioły robiły sobie na nim poligon i waliły dziobami mocno w korę w poszukiwaniu żarełka, a to sierpówki siadały rzędem na grubej gałęzi i obserwowały ogród. Siadał na nim również jastrząb oraz inne ptactwo. Drzewo było zdrowe. I tak- albo potrzebują opału- i znów bezsens, bo tej zimy już nim nie napalą, a i tak mają piec gazowy, drewnem i węglem jedynie „dogrzewają”, albo drzewo zanadto im cieniło- znów bezsens, bo od zachodniej strony rosło i tam już mało słońca do domu docierało. A jak rzeczywiście im cieniło, to raczej mnie przysłużyli się tym ścięciem, bo na nasz tras będzie więcej słońca dochodziło i będzie ono na nim dłużej. Fakt, że mnóstwo nieba się odsłoniło oraz ogród w tym względzie zyskał, ale bardziej nasz niż ich (szybciej będzie się ziemia osuszała- z tej strony mają odpływ trzy rynny z naszego dachu). Jest jeszcze jedna opcja- bożodrzew to gatunek inwazyjny. 

 


Nie zaleca się go sadzić, ale też nie ma nakazu wycinki już rosnących. Bożodrzew jest rośliną mocno trującą. Jednak, kto łazi po drzewie i pasie się liśćmi- dużym zagrożeniem jest większość sadzonych w ogrodach kwiatów i krzewów- niektóre są słabo trujące inne bardzo mocno i nikt się tym nie przejmuje (przeważnie nie wie, że sadzi truciznę).

  Być może te dwa argumenty podziałały i moja sister wielkie ucho, która zanim pomyśli, strzeli głupstwo, poleciała tym tropem. Nieważne- żal mi tak pięknego drzewa. Kiedy siedzę przy kompie, mam widok właśnie na „wyrwę” po tym drzewie. Trudno mi się, na razie, przyzwyczaić do takiego widoku. A ścięte, wielkie drzewo leży i nie jest to przyjemny widok. I pewnie jeszcze długo będzie tak leżało, ponieważ mój szwagier pożal się boże, ma długi lajtung, a każde narzędzie parzy go w ręce. Wiatrołomy, po zeszłorocznych wichurach wiosennych, do dzisiaj leżą na dole ich ogrodu niesprzątnięte. „A niech se leżą, dziury nie wyleżą”- słynne powiedzenie mojej matki, a potem powielane przez siter wielkie ucho- „Przewróciło się niech leży....” jak śpiewa Kuba Sienkiewicz.

A z drugiej strony, szwagier pożal się boże, ma dziwne szusy- co jakiś czas wylatuje z piłą mechaniczną i ścina a to drzewo, a to krzew, chyba bez jakiegoś planu. Ściął prześliczny, dorodny krzew bzu przed bramą- krzew nie zasłaniał, a ozdabiał. Ściął tuje przed oknem kuchennym- sister wielkie ucho musiała mieć widok na plac sąsiada (ciekawe, co tam też u.... się dzieje). Mnie też podpytywała, czy zetnę moje tuje, bo wtedy będzie miała widok na innego sąsiada. Aż mnie zatkało- powód dziwaczny. Po tujach powstała wyrwa, widok na zapadniętą dziurę po szambie pod ścianą siostry domu- od strony ulicy widok tragiczny, nic z tym nie robią. Szwagier przeleciał się z piłą mechaniczną, a jakże (to chyba jest jego ulubiona zabawka), wzdłuż płotu od ulicy, ścinając wszystkie wierzchołki krzewów, które pięknie kwitły i nikomu nie wadziły. Prawdziwa „Masakra piłą mechaniczną”' tu się odbywa. Jeszcze parę lat, a z pięknych nasadzeń, w ich ogrodzie, nic nie zostanie.

Fakt- ich ogród, mogą robić, co chcą, jednak przykro patrzeć, kiedy niepotrzebnie ginie coś ładnego, kiedy „gospodarka”, w ich wydaniu, jest kompletnie pozbawiona logiki i racjonalności.

Na zdjęciach widać, że dzisiaj u nas tylko 10 cm śniegu, ale mrozy dosyć poważne, bo AŻ -9 stopni nocami 😁. Grunt to mieszkać w fajnym miejscu- zimami, bo jesienią i na wiosnę to nas zalewa, niestety. A i teraz pewnie, jak się zacznie śnieg topić, w piwnicy pojawi się woda. Trudno, przeżyjemy.




10 stycznia 2026

I zrozpaczony, wraz ze swoim krzyżem, zwiał za obudowę.

 

W szkole, w naszej wsi, w której pracowałam przez 16 lat od początku lat 90. ubiegłego wieku, też powieszono krzyże zaraz po podpisaniu Konkordatu. Wszędzie, gdzie się dało- od sal lekcyjnych począwszy, na kamerliku dla pań sprzątaczek i kuchni skończywszy. Rodzice? Jedni byli za, inni przeciw, ale jakiegoś wielkiego protestu nie było. Od początku krzyż wisiał w sali, która była przydzielona mojej klasie. Była to pracownia z obudowaną ścianą, na której tablice były przesuwane. Na szczęście, kiedy pisałam na tablicy, obudowa zasłoniła mi widok ukrzyżowanego faceta. I tak sobie pracowaliśmy w tej klasie przez parę lat, do momentu, kiedy jakieś dziecko zauważyło, że krzyża nie ma nad tablicą. Ja sama braku nie zauważyłam, choć powinnam, bo mimo wszystko, miałam co innego do roboty w klasie, niż monitorować codziennie, czy krzyż wisi. Oczywiście, OCZYWIŚCIE, od razu podejrzenie padło na mnie, czyli tę ateistkę, która nie wierzy i pewnie krzyż jej przeszkadzał. Owszem nie jestem wierzącą, owszem, krzyże w salach w pewnym sensie mnie raziły, bo nie jest przyjemnie patrzeć na półnagiego męczennika ukrzyżowanego, który wisi nad tablicą, a ty na tej tablicy musisz często pisać, niefajnie jest stać z tyłu sali i ciągle mieć ukrzyżowanego przed oczami, niefajnie jest, kiedy dzieciaki, widząc codziennie tego ukrzyżowanego, obojętnieją na przekaz, na symbol i walą mokrą gąbką w tego faceta. Zwracałam im uwagę, że tak nie można, że to symbol, chyba lepiej niż niejeden katecheta- skoro już ten krzyż wisiał, to moim zadaniem było go jednak chronić.

No więc krzyża na ścianie nie było i gwoździa, na którym wisiał, również. Zaczęło się dochodzenie, co też mogło się z tym krzyżem stać. Nawet zebranie rodzicielskie było, w tej sprawie, z rodzicami mojej klasy. Jakoś nie przyszło nikomu do głowy, że nie tylko moja klasa w tej sali się uczyła i ktoś inny mógł się „zabawić w zdejmowanie krzyża”. No nie przyszło, bo w tej szkole tylko ja jedna byłam niewierząca i według innych, tylko ja miałam interes w zdjęciu tego krzyża. Na szczęście któryś przytomny rodzic wszedł na drabinę, obejrzał dziurę po gwoździu i stwierdził, że krzyż pewnie spadł za obudowę tablic. I miał rację, podczas remontu odsunięto obudowę i znaleziono nadłamany krzyż. Pewnie któryś z uczniów tak mocno trzepnął gąbką w „umiłowanego”, że ten z rozpaczy, wraz ze swoim, nomen omen, krzyżem, postanowił zwiać za obudowę.

Jednak tu jest wioska ekumeniczna i jedna, i druga „wiara”, pilnują się mocno, by się religijnie nie wygłupić.

Jestem zbulwersowana nagonką na nauczycielkę, o której już cała Polska wie, ale z powodu tego, że jestem niewierząca, doznałam sporo szykan ze strony wierzących, dlatego nic mnie już nie zdziwi „w temacie- my biedni katolicy jesteśmy prześladowani, dlatego musimy robić pikiety, nagonki, zaszczuwać innych- to jest nasza misja”.

Podczas mojego długiego życia zostałam: kocią wiarą, świnią co to „przeszła koło broga (kapliczki) nie żegnała pana boga” (miałam 10 lat); zostałam wyrzucona z salki katechetycznej (miałam 8 lat) przez heksę w habicie, bo nie będzie taka tutaj kalała świętego miejsca (koleżanka zaprosiła mnie na religię); w przedszkolu byłam systematycznie wywalana do wygódki przybudowanej do ściany budynku, zimnej, ciemnej, śmierdzącej z drewnianą deską klozetową tylko dlatego, że nie chciałam jeść- inne dzieci za to przewinienie stały w ciepłej sali, w kącie (siostry zakonne wiedziały kim są moi rodzice- dziecko płaciło za ich brak chodzenia do kościoła); kiedy zmarł mój przyjaciel (miałam 12 lat), nie pozwolono mi iść za trumną, wywalono mnie na koniec orszaku (wzięto za rękę i zaprowadzono na tyły), bo przecież nie może taka wejść do kościoła za trumną, co mi dobitnie oznajmiono, puszczając moją rękę; już tutaj we wsi, w szkole, ksiądz powiedział uczniom, że niewierzący śmierdzą- wszyscy wiedzieli, że chodzi o mnie (kazałam się dzieciom obwąchać, a że zawsze używałam perfum, żadne się nie skrzywiło- dzieci są szczere, gdybym im śmierdziała, to złapałyby się za nosy- upadła teza księżunia- wredy); ta heca z krzyżem na dobitkę. No i tak... pewnie drobnych szykan było więcej, ale ja je po prostu wzięłam za normę i przestałam na to zwracać uwagę. Bardziej przeżywałam je jako dziecko, które nie rozumiało, dlaczego spotyka je taka niesprawiedliwość. Rodzice mieli na to wydmuchane- matka nas hartowała, „przygotowywała do życia”, ale z przedszkola, które prowadziły katolickie mendy (tak, nie waham się tych sadystek tak nazwać), po moich skargach, wypisała mnie.

Jakoś kompletnie się katolikom rozjechało- wiara a posłuszeństwo wobec sekciarzy katolickich. Już nie wspomnę o przykazaniu „Nie będziesz miał nade mną....”, bo katolicy mają już tak pomieszane w głowach od tych „kazań”, „przykazań”, nakazów, zakazów, jedynie słusznej drogi postępowania, dogmatów itp. sączonych przez klechy, że stracili rozsądek nawet wobec swojej religii i wiary.

Nauczycielce bardzo współczuję. Nie jej sposób uczenia, nie jej wiedza, nie jej stosunek do uczniów, rodziców czy innych nauczycieli był naganny. Nie sprawy, które w szkole naprawdę są ważne. Jakiś gadżet- zabawka zaważył na jej karierze, jakieś przesądy, zacietrzewienie, fanatyzm. Ma wsparcie w rodzicach, innych nauczycielach (czytałam z nią wywiad https://www.facebook.com/protestzwykrzyknikiem), ale do końca życia będzie to w niej siedziało- poczucie, że ktoś ją niesprawiedliwie skrzywdził i to w miejscu, które lubiła, w którym pracowała „całą sobą”.

Teraz czytam, że nie lubiły się z katechetką i że to ta druga nagrała sprawę, czyli jakaś „prowokacja” z tym krzyżem była. Dla mnie nieważne, kto to nagrał (a tak się dziwnie składa, że wielu katechetów, to ludzie roszczeniowi, wyobrażający sobie, że ich przedmiot i oni sami są najważniejsi w szkole- piszę o własnych z nimi doświadczeniach i wieściach z okolicznych szkół), dla mnie jest paskudne to, że ucierpi człowiek, nauczycielka, która nie miała zamiaru czegokolwiek sprofanować.

A brać nauczycielska po raz kolejny straciła poczucie bezpieczeństwa, bo nigdy nie wiadomo, czy ktoś czegoś w rodzaju tego religijnego wyskoku, nie „wysmaruje” nauczycielowi, podczas wykonywania pracy w szkole.


PS. Przeczytałam wywiady z tą nauczycielką, parę artykułów i wpisów  o zajściu, i na tej podstawie wypracowałam sobie zdanie. Teraz mam nadzieję, że ktoś panią przeprosi. A gdybym mogła jej coś poradzić, to powiedziałabym- wiej z tej szkoły, bo już nic dobrego cię tu nie spotka. Zawsze będzie nad tobą wisiało to zajście i łata tej, co walczy z krzyżami.