Babcia! Jak ty się ubrałaś!

Przyjęło się określać kobiety w pewnym, dojrzałym już wieku, mianem „niewidzialne”. Co autor tego określenia ma na myśli? Chodzi chyba o to, że zanim kobieta staje się niewidzialna, po prostu zwraca na siebie uwagę płci przeciwnej. Zdarza jej się słyszeć jakieś … komplementy, cmoknięcia, gwizdnięcia. Na jej widok mężczyźni pieją z zachwytu i nie mogą oderwać od niej wzroku. Kobieta „niewidzialna” po prostu tego nie doświadcza, bo nie jest już w wieku…. reprodukcyjnym.

Może niektórym kobietom to bycie „niewidzialną” w rozumieniu, o którym wyżej wspomniałam, przeszkadza, znaczy chciałyby jeszcze być zauważane, adorowane, komplementowane, etc. Może dlatego część z nich próbuje się wyróżnić, a może nieco sprowokować swoim wyglądem do tego, aby być … widzialnymi. Nie wiem. Mnie jest to obojętne, czy ktoś mnie dostrzega czy nie. Chciałabym być widziana przez tych, na których mi zależy, i nie chodzi tu wyłącznie o wygląd zewnętrzny.

Od czasu do czasu trafiam w przestrzeni medialnej na ciekawe wywiady z interesującymi kobietami. Nie zawsze chcę o nich wspominać na tym blogu, ale niektóre aż się o to proszą. W ostatnim tygodniu zrobiła na mnie wrażenie Izabela Desperak, socjolożka z Łodzi, wykładowczyni, wiek 58 lat. I to nie jej osiągnięcia naukowe mnie zaintrygowały, ale … sposób ubierania się i związane z tym wnioski natury ogólnej, bo trzeba dodać, że jest ona badaczką zajmującą się stereotypami płci, seksizmem i ageizmem.

Na tapetę badaczki trafiła wypowiedź obcego człowieka w reakcji na jej wygląd (patrz zdjęcie): Babcia, jak ty się ubrałaś! Te spodenki to nie dla ciebie. Jesteś starszą osobą.

Badaczka była w szoku, trudno jej było uwierzyć w to, że jakiemuś kierowcy w wieku ok. 30-40 lat chce się zwracać uwagę na wygląd dojrzałej kobiety i rzucać w jej kierunku niewybrednym komentarzem.

Moim skromnym zdaniem ten pan po prostu jechał za panią i patrząc z tyłu sądził, że to jakaś młoda „laska”, natomiast kiedy się obejrzał …. sam doznał szoku widząc to, co zobaczył, czyli zgodnie z powiedzeniem „z tyłu liceum, z przodu muzeum”.

Zatem oboje doznali szoku. Ona z powodu komentarza, który oczywiście był bardzo nie na miejscu, a on z powodu swoich … niespełnionych oczekiwań.

Czy cała ta sytuacja warta jest jakieś pogłębionej analizy? Nie sądzę.

Wychodzę bowiem z założenia, że nie należy się przejmować tym, co ktoś mówi na nasz temat, zwłaszcza naszego wyglądu. A niech sobie mówi. Niech marnuje czas i energię na ocenianie innych ludzi.

Może kiedyś przywiązywałam większą wagę do ocen mojego wyglądu. Komplementy kolekcjonowałam, a negatywne uwagi podcinały mi skrzydła. Po latach zrozumiałam, jak ważne jest to, co sami o swoim wyglądzie myślimy, jak sami czujemy się w naszej skórze i w naszym ubiorze.

Nierzadko zdarza mi się sytuacja, jakiej doświadcza większość z nas, że …. nie mam co na siebie włożyć. Kiedy mam czas, aby poprzymierzać różne warianty, jestem w stanie ocenić, co mi pasuje, a co niekoniecznie. I chyba nie kierują mną stereotypy typu, że coś w pewnym wieku wypada, czy nie wypada założyć. Każdy ma jakiś styl ubierania się, który preferuje i w którym czuje się najbardziej naturalnie. W moim przypadku dominuje styl sportowy, a więc jeansy, koszule lub t-shirty, sportowe wygodne buty. Sukienki zakładam od wielkiego dzwonu, a spódnice mam tylko dwie, a i tak praktycznie niechodzone 😉

A jak ubieram się na rower? Swobodnie. Spodenki krótkie lub dłuższe, najczęściej legginsy.

Pani socjolożka ma styl jeszcze bardziej swobodny i to jej wybór i prawo. Nie oceniam. I sama też nie chcę być oceniana. Fakt rzucenia jakimś niewybrednym komentarzem przez obcego faceta, nie powinien mieć żadnego znaczenia. Czemu stał się przyczynkiem do wywiadu (Gazeta Wyborcza-24.08.2024) i dyskusji o stereotypach i o nas, czyli biednych kobietach, które już od dzieciństwa są oceniane, krytykowane, poddawane presji otoczenia w kwestii wyglądu?

fot. GW,24.08.2024

Być albo nie być … na Facebooku

Nie ma Cię na Facebooku? To znaczy, że nie żyjesz. Problem w tym, że można nie żyć i nadal być na Facebooku. Najlepszy dowód, że trzech moich nieżyjących dalszych znajomych nadal tam „funkcjonuje”. Ostatnio zauważyłam, że jeden z nich coś lubi (widocznie kiedyś polubił, więc do końca świata Facebook będzie o tym pamiętał). Ponieważ jego zdjęcie było takie „żywe” w mojej pamięci, zaczęłam wątpić, czy może jednak coś mi się pomyliło z tym jego odejściem w zaświaty. Zajrzałam na jego stronę. A jednak… Jest wpis pożegnalny od rodziny. A wcześniej kilka postów o walce z chorobą. I prośba o trzymanie kciuków.

Dlaczego rodzina zachowuje profil po śmierci swojego krewnego? Nie rozumiem powodów, tym bardziej wtedy, kiedy mając do konta dostęp, można go usunąć jednym kliknięciem. Czy to ma być swoista pamiątka? A może bardziej pamiętnik w przypadku osób wykazujących się aktywnością, a więc publikujących swoje posty, zdjęcia, relacje, refleksje, etc. Nie wiem.

Niedawno dostałam powiadomienie o urodzinach jednego z moich trzech nieżyjących znajomych. Urodziny po śmierci, cóż za paradoks. Nieczułe algorytmy Facebooka nic sobie z tego nie robią. Niby skąd miałyby wiedzieć, kto jeszcze żyje, a kto nie. Masz profil to jesteś. Nie ma litości.

A swoją drogą przypomnienia o urodzinach żyjących znajomych też bywają irytujące. Sama zrezygnowałam z tej możliwości, bo wydaje mi się, że to forma presji na znajomych, aby wysyłali życzenia. A potem publikacja podziękowań… Kiedy ktoś pamięta „sam z siebie” ma to zdecydowanie inną wartość…

Czasami mam wątpliwości, czy to ja sama stworzyłam mój profil na Facebooku, czy to może Facebook go stworzył i nadal nad nim pracuje. Dużo o mnie wie, zna mnie lepiej niż ja sama, kusi, prowokuje, zachęca do zajrzenia głębiej. Czasami daję się złapać w jego sidła i chcę wiedzieć więcej… a potem załamuję ręce, bo zachęcający tytuł okazuje się odległy o lata świetlne od treści informacji. Poza tym, aby dotrzeć do meritum trzeba się przebić przez wyskakujące okienka reklam, aby na koniec zrozumieć, że znów daliśmy się wpuścić w maliny…..

Moich trzech znajomych odeszło w ciągu ostatnich 3 lat. Ich twarze na fotkach profilowych pojawiają się od czasu do czasu, kiedy zaglądam w to miejsce.

Sama od jakiegoś czasu mam dylemat, czy nie usunąć konta na FB? No bo jakie mam z tego korzyści? Że wiem, co dzieje się u znajomych… kto wyjechał i gdzie. Niedawno odkryłam, że jeden znajomy ponownie się ożenił, a jak go ostatnio widziałam był szczęśliwie żonaty.

Moja aktywność jest praktycznie zerowa. Nic nie publikuje, nic nie komentuje, „polubiam” od wielkiego dzwonu. Owszem, zdarza mi się czasami scrollować, z braku … lepszego zajęcia (straszne). Jednak po kilku minutach tej ogłupiającej czynności czuję się jak odwirowane pranie i wymiękam.

Czy Facebook to samo zło? Niekoniecznie. Oprócz tego, że jest sposobem komunikacji, bywa też źródłem inspiracji, zarówno zawodowych i prywatnych.  Profil może być również szansą na kontakt z przyjaciółmi, miejscem wymiany myśli i poglądów.

Zatem …być czy nie być … na Facebooku?

Gdzie się podziała moja torba?

Roztargnienie to moje drugie imię. Bywam nieobecna w chwilach, kiedy warto byłoby zachować uważność. Skutki bywają różne, mniej lub bardziej stresujące. Bohaterką wielu takich sytuacji bywa TORBA (niejedna).

Od czasu, kiedy noszę torebki „na skos”, zwane też listonoszkami jestem w miarę bezpieczna. Są w niej dokumenty, pieniądze i klucze, a więc to, co najważniejsze. Skoro mam ją „na brzuchu” to trudno byłoby ją zgubić (chyba że sama bym się, razem z torbą, zagubiła). Oprócz torebek noszonych „na skos” mam zazwyczaj dodatkowo jakąś torbę podręczną, w której jest „mydło i powidło”. Książka lub czytnik, okulary, drugie śniadanie, kosmetyczka, etc. I właśnie taką torbę zostawiłam kiedyś w autobusie. Po prostu rzuciłam ją obok na wolne siedzenie, a na docelowym przystanku wyszłam kompletnie nieświadoma tego, że jestem bez torby. Potrzeba trochę czasu, aby sobie taki brak uświadomić. U mnie było to ok. 5 minut.

Szok i niedowierzanie. A potem pytanie, gdzie, co i jak? No i co w tej torbie było? Czy stratę da się przeboleć? W moim przypadku nie byłoby to łatwe. Miałam w torbie ulubione okulary przeciwsłoneczne, nie takie zwykłe, bo z korekcyjnymi szkłami, sporo kosztowały. Zaczęłam się zastanawiać, czy coś da się zrobić, aby torbę odzyskać. Przypomniałam sobie, że autobus ma niedaleko pętlę. Najprawdopodobniej będzie wracał. Spojrzałam na rozkład. Przyjechałby za ok. 20 minut. Po drodze kilka przystanków, wejdą pasażerowie i może komuś moja torba podpasuje. Co robić? A może podjechać na pętlę? Przecież kierowcy mają tam jakiś postój. Złapałam taxi, dojechałam do pętli i biegiem do „swojego” numeru autobusu, który już ruszał. Zaczęłam wymachiwać rękami, aby się zatrzymał. Kierowca otworzył okno i oznajmił, że „pętla” nie służy do wsiadania, więc musiałam wyłuszczyć problem. Na szczęście, wpuścił mnie do środka. Moja biedna samotna torba leżała tam, gdzie ją pozostawiłam.

Od tego czasu, kiedy tę samą (lub inną) torbę ze sobą zabieram to wchodząc do jakiegokolwiek środku transportu publicznego nie wypuszczam jej z rąk, dosłownie.

Wiele czynności wykonujemy „na automacie”, słyszę zapowiedź mojego przystanku i ruszam do wyjścia, a w głowie albo natłok myśli, albo totalne zamyślenie. W takich momentach trudno być „tu i teraz”, bo miejsce niezbyt ku temu sprzyjające. Nie dziwię się ludziom, którzy wyciągają smartfony i wgapiają się w ekran „dla zabicia czasu”. A potem zrywają się z miejsca szybko zapominając o całym świecie, albo o … pozostawionej torbie.

Jak już wspomniałam, obecnie noszę listonoszki. Kiedyś jednak nosiłam torby zawieszone na jednym ramieniu z dokumentami, pieniędzmi i kluczami, a takie są już mniej „bezpieczne” dla roztargnionych i zapominalskich. Raz w dworcowej toalecie powiesiłam taką torebkę na jednym z wieszaków, toaleta wyjątkowo duża, i mając jeszcze jedną podręczną torbę, opuściłam ten przybytek w pośpiechu, bo z megafonu już brzmiał głos o nadjeżdżającym pociągu w moim kierunku. Całe szczęście, że te kilka minut pozwoliło mi na refleksje, że jestem jakby mniej obciążona. Pędem więc pobiegłam do toalety. Na szczęście „babcia klozetowa”, która tam zarządzała, nie zdążyła jeszcze udostępnić kabiny innej osobie i mogłam w kilka sekund porwać moją szczęśliwie odzyskaną torbę i zdążyć na pociąg. Uff…

Kolejna moja przygoda z torbą w roli głównej rozegrała się w pociągu. Była to jednak torba, nazwijmy ją zakupową. Wiozłam kilka nabytych tego dnia przedmiotów, nic szczególnego, ale swoją wartość miały. Wyszłam z pociągu. Wsiadłam do autobusu. Zaczęłam zbliżać się do domu. I wtedy pojawiła się myśl, że miałam przecież torbę z zakupami. W tym momencie byłam bezradna. Przez chwilę zastanawiałam się jeszcze, gdzie ta torba zostać mogła. Pociąg czy autobus? Ten drugi był mało prawdopodobny. Pozostał pociąg. No i moje wspomnienie. Ciekawe, co z tymi zakupami się stało.

Nie mam pojęcia jak wyglądają procedury w takich przypadkach. Czy są nadal biura rzeczy znalezionych?

Pozostawione torby, zwłaszcza większych rozmiarów wzbudza zainteresowanie właściwych służb ze względów bezpieczeństwa. Napisy i komunikaty w środkach transportu nie pozostawiają wątpliwości. A co jeśli w takim „podejrzanym” pakunku jest … ekspres do kawy albo robot kuchenny? Kto takim pakunkiem się zaopiekuje? I gdzie nieszczęśliwy właściciel zguby miałby jej szukać? Nie mam pojęcia.

Naszła mnie taka refleksja z powodu sytuacji, której byłam niedawno świadkiem w tramwaju. Ktoś mnie zapytał o torbę, umieszoną między dwoma siedzeniami. Biała z materiału. Dość duża. Otwarta, więc widać było w środku jakieś pudełko. Odpowiedziałam, że nie należy do mnie. Inne osoby stojące w pobliżu też wzruszyły ramionami. I okazało się, że właściciela, a może właścicielki brak. Już widziałam oczyma wyobraźni bezradną i załamaną kobietę, która na jakimś przystanku uświadomiła sobie, że pozostawiła torbę w tramwaju.

W każdej grupie, na szczęście, znajdzie się ktoś odpowiedzialny, dociekliwy, a do tego dysponujący czasem (w godzinach porannych w drodze do pracy niełatwo na takie osoby trafić) i w moim tramwaju też taka była. Podeszła do motorniczego, wyłuszczyła temat. Pan nie wykazał większego zainteresowania, więc aktywistka (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) wykonała jakiś telefon, zrobiła zdjęcia torby i czekała. Na kolejnym przystanku, pan motorniczy wyszedł z kabiny i zapytał, gdzie jest torba. Interwencja okazała się skuteczna, ale…. co było dalej, musi pozostać w sferze domysłów. Bo sama musiałam już tramwaj opuścić.

Temat pozostawionych toreb i pakunków w środkach komunikacji wymaga zbadania, bo przyznam, że nie wiem, czy na takie okoliczności są procedury.

Aktywistka wykorzystała aspekt bezpieczeństwa jak sądzę, skoro jest bezpańska torba, to może stanowić zagrożenie. To chyba jedyny sposób, aby ktoś się taką torbą zainteresował. Nie wiem jednak, co dalej się dzieje i jakie szanse ma właściciel na odebranie swojej zguby.

Emerytka z konsolą?

Świeżo upieczony tatuś trzyma w ramionach dziecko, a w dłoni dzierży jakieś ustrojstwo. Nie wiem nawet jak to się nazywa. Wzrok utkwiony w ekranie telewizora, a tam dużo się dzieje. Słychać strzały i wybuchy, sceny jak na wojnie. Tatuś w emocjach, walczy, zabija, a dziecko spokojnie śpi. Taką scenkę niedawno widziałam u młodych znajomych.

Nie rozumiem gier komputerowych w ogóle i nie sądzę, aby ta forma rozrywki kiedykolwiek mnie zainteresowała. Wiem jednak, że wielu ludzi, zwłaszcza młodych namiętnie gra, nawet mój ulubiony ksiądz Adam Szustak pokazuje na youtube jak „Ksiądz gra w grę”.

Nie mam pojęcia, co jest w tym porywającego? Może coś mnie w życiu omija, a może nie jestem zdolna do zrozumienia tego typu emocji albo brak mi wyobraźni? Dobrze, że każdy ma prawo mieć zainteresowania i pasje, które mu odpowiadają, ja nie muszę ani ich rozumieć, ani tym bardziej próbować naśladować.

Wydawało mi się dotychczas, że pasja grania w gry komputerowe nie znajduje się w orbicie zainteresowań osób w wieku emerytalnym. Zaskoczyła mnie więc historia znaleziona w czeluściach internetowych o Bogumile Bartnik z Sopotu, czyli dla wtajemniczonych „Bogdzie 501”. Kobieta prowadząca zwyczajne, spokojne życie, zawodowo pracująca jako dróżniczka, połknęła komputerowego bakcyla po przejściu na emeryturę. Zdecydował przypadek, jak to w życiu bywa. Syn podrzucił jej swoją starą konsolę po to, aby w ten sposób mogła usprawnić ręce. Cierpiała bowiem na reumatyzm. Powoli systematycznie próbowała grać, bardziej na zasadzie udowodnienia synowi, że potrafi to robić, bez jego pomocy. Potem rzuciła palenie i czymś musiała zająć ręce, a jeszcze potem przeszła na emeryturę musiała czymś się zająć. Odłożyła pieniądze na lepszą konsolę. Gry ją wciągają, pozwalają zapomnieć o problemach. Dla niej to lepsze niż seriale.

https://sopocianie.muzeumsopotu.pl/relacja/bogumila-bartnicka

Pani Bogumiła twierdzi, że gra tylko dlatego, że chce a nie musi. Nie jest więc uzależniona, choć syn ma co do tego  wątpliwości. A ona podkreśla, że przecież ma również inne zainteresowania, czyta książki, maluje obrazy, prowadzi kilka blogów w sieci i pisze wiersze. Kiedy znajduje na to czas? – chciałoby się zapytać. Nie można zapominać o aspekcie rywalizacji wśród graczy. Bogda 501 ma 25 platyn (nagrody za ukończenie misji). Próbowała zachęcać do grania rówieśników tworząc grupę na Facebooku. Zainteresowanie mizerne. Nie ma o czym rozmawiać z rówieśnikami.

 O czym ja mam rozmawiać z 60- lub 70-latkami? Kobiety w tym wieku tylko narzekają na swoje choroby albo komentują wygląd nowego proboszcza. Mnie to nie obchodzi. Mam własny świat, w którym doskonale się odnajduję.

Kilka dni temu odchodziła na emeryturę jedna z moich znajomych. Podczas krótkiego pożegnania zapytana, co zamierza dalej robić powiedziała, że planuje nauczyć się malować. A co miała powiedzieć? Ludzie oczekują, że każdy świeży emeryt rzuci się w objęcia którejś z muz, im więcej dziedzin tym lepiej. Jak nie poezja, to malarstwo albo śpiewanie albo granie na gitarze, a może taniec.

Cieszą mnie informacje o ludziach, którzy po przejściu na emeryturę odnajdują się w nowych aktywnościach, do tego oryginalnych, odbiegających od typowych emeryckich zajęć. Imponują mi… choć z drugiej strony nachodzą mnie refleksje, że seniorzy mogą odczuwać presję pod wpływem takich przykładów. Czują, że oni też muszą znaleźć sobie jakieś wyjątkowe zajęcie. Taka moda nastała, że na emeryturze trzeba być aktywnym. Wspomniana znajoma z firmy poczuła się wywołana do tablicy, dlatego wspomniała o tym malowaniu, chociaż wiem, że nie jest tym zainteresowana.

Czy każdy musi mieć pomysł na emeryturę? A może po prostu wystarczy … wreszcie żyć uważniej, bez pośpiechu i stresów… może zamiast gonić za aktywnością, zacząć medytować… zamiast tworzyć, po prostu chłonąć i podziwiać to, co już różni artyści stworzyli… Po co szukać czegoś wyjątkowego do robienia, skoro można poćwiczyć nicnierobienie (nie mylić z leżeniem na kanapie i gapieniem się w telewizor), które okazuje się być bardzo trudne i niewielu z nas to potrafi.

Czas się obudzić…

…z zimowego letargu. Od listopada aura nas nie rozpieszcza, niebo zachmurzone, deszcze, wiatry i wichury, błoto i kałuże, a najważniejsze, że słońca jak na lekarstwo. Suplementacja witaminy D niewiele daje. A jeśli do tego dojdą problemy dnia codziennego, choroby, stresy, rozstania, smutki i rozterki, to obraz całości rysuje się smętny i ponury. Na szczęście nic nie jest wieczne, nawet gorsze chwile i nastroje przemijają … jak wszystko.
Im bliżej marca i początku kalendarzowej wiosny, tym łatwiej wykrzesać z siebie więcej energii i optymizmu. Zatem próbujemy. Choć z każdym rokiem jest trudniej i nie ma co zakłamywać rzeczywistości, że życie zaczyna się najpierw po 40-tce, potem 50-tce, wreszcie po 60-tce itd. Obyśmy nie doszli do konkluzji, że życie zaczyna się … po śmierci. Może dla katolików to jest oczywiste, bo wtedy zaczyna się życie wieczne.
Kto ma ten dar, aby wierzyć, niech wierzy…. I czeka na nagrodę życia wiecznego. Ale jaki sens takie życie by miało? Po co żyć wiecznie? Czy życie wieczne byłoby odwzorowaniem tego doczesnego? Spotykamy w niebie dziadków i rodziców, braci i siostry, wujków i innych nieżyjących pociotków, witamy się i żyjemy sobie tak jak kiedyś, tym razem bez końca. Jaki cel ma życie wieczne? Ku czemu zmierza? Doczesne życie może być podporządowane czekaniu na wieczne, a w zasadzie poświęcone walce o dostąpienie tego zaszczytu
Kiedy ludzie tracą bliskich, pocieszają się tym, że kiedyś znów się spotkają, już w innym wymiarze, tęsknią i ukojenie znajdują w marzeniach o tym spotkaniu gdzieś tam w tym wiecznym niebie. Kiedy odchodzą ludzie młodzi, dzieci, istoty niewinne, to zadając pytania„dlaczego” słyszymy tłumaczenia, że po prostu Pan Bóg ich wezwał do życia wiecznego, aby mogli mu w tym niebie towarzyszyć. Nie wiem, wiem tylko, że na wiele pytań z serii „dlaczego” nie ma odpowiedzi. Śmierć jest tajemnicą i taką pozostaje do końca.
Ludzie w wieku podeszłym, którzy są już bardzo blisko kresu, żyją, a w zasadzie egzystują. Zazwyczaj nigdzie już nie wychodzą, a jeśli udaje im się dotrzeć do łazienki, są szczęśliwi. „Starość się Panu Bogu nie udała” – mówi moja wiekowa krewna, bo jej życie zamknięte na niewielkiem powierzchni mieszkania, stało się codzienną walką o przetrwanie. Świat widzi przez okno albo w okienku telewizora, który dostarcza ludziom „uziemionym” wątpliwej jakości rozrywki, ale…. Może to dobrze, że tureckie seriale zadomowiły się w naszej telewizji. Znam wiele, nie tylko starszych osób, dla których stanowią chwilę ulgi i zapomnienia o szarości dni. Fabuła prosta, dużo różnorakich emocji, które powodują, że czeka się w napięciu na kolejne odcinki. A w starszym wieku już nie ma na co czekać (oprócz śmierci, która i tak przyjdzie, kiedy zechce). Pamiętam czasy tasiemcowego serialu „Moda na sukces”, który był kiedyś hitem i cała rodzina (zwłaszcza ta starsza, niepracująca jej część) mocno angażowała się w przebieg całej historii. Kiedy Babcia odeszła do wieczności, serial nadal trwał jeszcze dobrych kilka lat i wiele się w nim działo, ale Babcia już nigdy się nie dowie, co było dalej, bo jej „dalej” się skończyło.
Sama za serialami nie przepadam, nie tylko dlatego, że nadal pracuję zawodowo i nie mam na takie rozrywki czasu (a może żal mi czasu na ten typ rozrywki), ale rozumiem sąsiadki, ciotki i babcie, którym jest to potrzebne. A co mam robić? Pyta jedna z drugą. Do sklepu nie wyjdę, z nikim nie pogadam, bo ludzie nie mają czasu… Modlić się można, ale to też ma granice. Co robić z czasem, którego „na starość” jest tak wiele? Szczęśliwi ci, co mają nawyk czytania i dobre oczy. Szczęśliwi ci, co mają nawyk słuchania muzyki i dobrze słyszą. Okienko telewizyjne jest najłatwiej dostępne. Dla niedosłyszących są napisy, dla niedowidzących wielkie ekrany. A repertuar bogaty, dla każdego coś miłego się znajdzie. Ciocia żyje rytmem telewizyjnego programu. Po śniadaniu „Przysięga”, przez obiadem „Wspaniałe stulecie”, po obiedzie „Krzyżówka” i „Koło fortuny”, przed kolacją „Dziedzictwo” i „Zakazany owoc”, a po kolacji „Akacjowa”. Gdzieś zawieruszył mi się jeszcze „Złoty chłopak”. Dziwne, że pamiętam te tytuły, które niewiele mi mówią…. pamiętam je dlatego, że dzwoniąc do jednej czy drugiej ciotki lub znajomej, słyszę: zadzwoń później, bo teraz jest serial 😉 Jaki serial ? pytam. No i w ten sposób wiem, że do cioci Wandy można dzwonić tylko w określonych godzinach, bo wtedy ma przerwę w oglądaniu. Muszę się dostosować też do grafiku cioci Marii, która nie ogląda „Dziedzictwa”, ale za to ogląda „Dzikie pszczoły”. Najgorzej, że do kompletu doszedł wujek Jurek, który zaangażował się w oglądanie „Sędzi Marii Wesołowskiej”, chyba przed 16.00 i też muszę pamiętać, aby mu nie przeszkodzić.
Muszę, nie muszę. A może przestać dzwonić do rodziny, skoro tyle z tym zachodu? 😉

Dlaczego przestałam interesować się polityką?

Kiedyś interesowałam się polityką. Rano chłonęłam wiadomości i komentarze z radia, wieczorem poprawiałam telewizyjnych przekazem. W moim mieszkaniu często było słychać jakieś polityczne gadanko. Lubiłam to. Ciekawiła mnie polityczna kuchnia. Chciałam być „na bieżąco”. Odnosiłam wrażenie, że politycy dyskutują, rozmawiają, ale nie ma między nimi negatywnych emocji, dlatego nie czułam po takich debatach frustracji.

Zasady demokracji pozwalają nam wierzyć, że jakiś wpływ na decydentów mamy, choćby raz na cztery lata nasz głos jest znaczący. Czujemy się wtedy przez polityków … dopieszczeni, po prostu ważni.

Wydawać by się mogło, że współczesny człowiek powinien orientować się – co w politycznej trawie piszczy, aby mieć wyrobiony pogląd na różne tematy z czołówek gazet i serwisów informacyjnych. W gronie znajomych można było podyskutować, wymienić poglądy, a nawet się pokłócić, ale … merytorycznie. Zdarzało mi się poddawać w wątpliwość różne opinie, bo nic nie jest dla mnie czarno-białe. Nie jestem fanatyczna w poglądach, każda opcja ma dla mnie wady i zalety. Mam jednak to szczęście, że wciąż głosuję na jedno ugrupowanie, do którego „przywiązałam się” dawno temu, i pomimo zastrzeżeń trzymam się tego samego kierunku.

Dziś nie można o polityce podyskutować bez emocji. Każda opinia może zostać odebrana jako popierająca jedną z opcji.  Przekonałam się o tym  w rozmowie z bliskim znajomym poddając w wątpliwość jakiś „przekaz dnia” serwowany przez jedną ze stron politycznej barykady. Zostałam zapędzona do narożnika osoby popierającej opcję przeciwną, choć to wierutna bzdura. Ja tylko miałam wątpliwości i nie przyjęłam czegoś w ciemno. Takie zachowania i reakcje powodują, że w ogóle nie mam ochoty na wymianę opinii. Obie strony politycznej wojenki mają tu swoje winy, aczkolwiek strona rządząca popełniła grzech pierworodny. To ona wpuściła do życia publicznego „wirusa nienawiści”, choć sama temu stanowczo zaprzecza zrzucając winę na tych … drugich. Na zasadzie – nikt nas nie przekona, że białe jest białe, a czarne jest czarne.

Problem ostatnich lat jest taki, że polityka stała się nieczysta, nie obowiązują już żadne reguły gry. Nie ma świętości, nie ma autorytetów, wszystko można zniszczyć i podważyć. Totalna dewastacja, której końca nie widać.

Nikt nie twierdzi, że kiedyś było idealnie. Dużo było niesprawiedliwości i błędów, ale w tamtym świecie i czasie dało się politykę zrozumieć, można było spokojnie słuchać dyskusji o problemach, a teraz mamy jatkę i nawalankę. To tak jakby do stolika przy którym siedzą gracze, dosiadł się człowiek, który wywraca ten stolik twierdząc, że on teraz będzie ustalał zasady tej „gry”. To już przestaje być walka fair, to chaos, oparty na nienawiści. Nie ma nic stałego, wszystko można zmienić na własną modłę.

I dlatego przestałam interesować się polityką, nie słucham radia, nie oglądam programów publicystycznych. Mam ulubioną stację muzyczną, którą serwuje mi miłą dla ucha melodię.

Nie tylko moje zdrowie psychiczne i nastrój na tym zyskują, mam więcej czasu na poszukiwanie ciekawych treści, pozbawionych negatywnych emocji, które w mojej głowie coś budują, porządkują, a nie niszczą i frustrują.

Rysunki polityczne A. Mleczki z „Polityki” zawsze potrafią mnie rozbawić 🙂