Witajcie w Nowym Roku.
Jeszcze przed świętami napisałam post o niedzielnej wyprawie w teren, ale kompletnie zapomniałam go potem opublikować-chciałam dołączyć jeszcze zdjęcie koni z życzeniami wesołych świąt i na szczerych chęciach się skończyło bo później nie miałam już czasu do tego usiąść.
No nic. Żeby się nie zmarnował ten czas poświęcony na stukanie w klawiaturę to publikuję dziś ten zaległy wpis 😜
Niedziela była taka senna i przygnębiająca. Jeden z tych dni, kiedy nie chce się w ogóle wychylać na zewnątrz. Ja i tak muszę wychylić nie tylko nos, ale i całą siebie. Standardowo od rana po nakarmieniu koni siedziałam w kuchni i popijałam kawę czekając, aż wstanie Szczeżujski i D. D wygrzebał się pierwszy, ale to czekanie zmuliło mnie do tego stopnia, że wolałabym wrócić do cieplutkiego łóżeczka, tym bardziej, że Paulina odwołała jazdę. Poczułam się taka "nicniemusząca" 😁 analizowałam chwilę czy dać sobie spokój czy jednak pójść i te konie ruszyć. No i korzystając z okazji, że był D postanowiłam, że pojedziemy, chociaż na chwilę.
Jazda konna to nie jest tylko posadzenie tyłka na koniu i jechanie przed siebie. Żeby w ogóle wsiąść trzeba najpierw zrobić dużo innych rzeczy. Po pierwsze- my z reguły najpierw robimy/ przygotowujemy stajnię, żeby nie musieć się tym przejmować później. Jak stajnia jest przygotowana to wtedy zabieramy ze sobą linki i idziemy na pastwisko, żeby przyprowadzić konie. Zdarza się, że stoją blisko, ale zdarza się też, że trzeba iść po nie na sam koniec pastwiska. Niekiedy jest tak, że same do nas przychodzą, innego zaś dnia mają małpie rozumy i uciekają na nasz widok i uważają, że to świetna zabawa. Po złapaniu wracamy do stajni i tam zaczyna się strefa spa. O tej porze roku konie mają gęstą i długą sierść, wyglądają jak mamuty, a wszędzie w koło jest błoto. Koń przynajmniej raz dziennie tarza się po ziemi. Normalnie panieruje się jak nuggets w KFC. Jak wytarza się w trawie to super, ale jak w błocie... no to cała ta sierść właśnie zmienia się w zaschniętą, błotną skorupę. To trzeba wyczyścić i to nie są tylko względy estetyczne. Koń musi być wyczyszczony, żeby te błotne sklejki nie obtarły go, gdy ubierze mu się siodło. Czyszczenie samo w sobie z reguły jest przyjemne, ale jak już wspomniałam nie o tej porze roku. Teraz to się stoi i szoruje 10 minut jedną stronę. Ręka odpada, w zębach chrzęści piach. No zdecydowanie przyjemne to nie jest😜Jak konie są już wyczyszczone to należy założyć im cały osprzęt czy też rząd którego to Rzędzian w "Ogniem i Mieczem" tak bardzo się domagał. Samo siodło nie jest zbyt lekkie, a to nie wszystko co się koniowi ubiera. Pod siodłem muszą wylądować czaprak i podkładka. Wszystko ma specjalne paseczki, które podpinane są do siodła, żeby nic nam się potem pod spodem nie przesuwało. Ogłowie to paski i paseczki do pozapinania, a u niektórych koni (jak na przykład Rudy) potrzebny jest dodatkowy osprzęt taki jak napierśnik. Noo w każdym razie to ubieranie też zajmuje chwilkę czasu. Niejednokrotnie bywa też tak, że któryś koń ma gorszy dzień i niekoniecznie chce mu się współpracować z człowiekiem. Wtedy zanim koń zostanie przyprowadzony z pastwiska, wyczyszczony i osiodłany to osoba to robiąca jest już cała zmordowana. Wtedy to już ma się dość i wsiadać się nie chce. No ale jak już się wsiądzie i pojedzie w ten teren to nigdy się nie żałuje. Ja zawsze wracam z terenu z bananem na buzi. Zawsze będzie mi to poprawiało humor.
A więc właśnie w niedzielę tak bardzo nie chciało nam się ruszyć, ale wracaliśmy uśmiechnięci od ucha do ucha, choć nie obyło się bez przygód, ale one właśnie dodają uroku tym wypadom. Jest co wspominać 😁
Molka tego dnia poszła w teren z nami, wylatała się za wszystkie czasy. Jechaliśmy tylko w pola więc mogłam ją wziąć. No, ale pech chciał, że jakiś pan z psem również postanowił się wybrać na spacer. Pies wielki, biały w typie owczarka podhalańskiego, ale jak się okazało był bardzo łagodny i posłuszny. Zanim to wiedziałam to zsiadłam z konia by przytrzymać Molkę, żeby nie poszła się przypadkiem z kumplem przywitać i nie została przypadkiem jego przystawką. No i potoczyło się. Zaszłam, przytrzymałam konia i psa, a biały wielkolud zatrzymał się...szczeknął raz donośnie....popatrzył i poszedł z właścicielem dalej.. Rudy narobił awarii bo wystraszył się dźwięku jaki pies z siebie wydał i chciał pójść w długą.. ale że ja go trzymałam mocno i za wszelką cenę to poszedł w długą razem ze mną uwieszoną za wodze 😆Konkretnie to spłoszył się, odskoczył, pociągnął mnie, ja się wywaliłam, pociągnął mnie jeszcze z trzy kroki i zatrzymał się. Na szczęście awaryjny zacisk dłoni zadziałał i nie puściłam skubańca 😅Na koniec przeprosiłam jeszcze pana z psem za to, że zrobiliśmy awarię na miarę góry lodowej przed titanickiem...a oni po prostu szli. Spokojnie, grzecznie, niepodejrzanie.
A tak poza tym to wszyscy zdrowi 😆Pogalopowaliśmy sobie po polach, było super.
I tak na koniec.... Wesołych Świąt już nie będę życzyć, ale życzę wszystkim tego by rok 2026 był lepszy od poprzedniego 😘 Mam nadzieję, że dla mnie będzie łaskawy bo to mój rok- rok konia, a ja jestem chińskim zodiakalnym koniem 🐎 Może to dlatego od małego je kocham?