Wioska Hoi San
Gdy po kilku dniach znamy już każdą twarz i każdy kamień w Muang Ngoi, a leżenie w hamaku zaczyna nudzić, za namową Grahama wyruszamy odwiedzić okoliczne wioski. Dostać się do nich można pieszo lub rowerem. Mieszkańcy wiosek za niewielką opłatą zapraszają do siebie na nocleg czy posiłek. Pakujemy więc najpotrzebniejsze rzeczy, resztę zostawiając w Muang Ngoi i ruszamy przed siebie. Droga prowadzi wzdłuż pól. Mijamy jaskinię, przekraczamy dwukrotnie rzekę…
Jeszcze chwila marszu i docieramy do Hoi San.
Gospodarz pierwszego napotkanego domu zaprasza nas do siebie i częstuje lokalnym mocnym trunkiem Lao lao. Udaje nam się też zamówić posiłek w postaci ryżu i zieleniny. Syn pana domu przychodzi pochwalić się swoją gitarą, którą dekoruje naklejkami z taśmy. Po chwili wraz z Pawłem urządzają dla mnie koncert.

Dzieci w domu nieopodal przybiegają do nas, by się przywitać. Tuż obok liczna rodzina odpoczywa przed chatą. Podchodzę do pani domu i podaję jej torbę z ubraniami, które, choć w dobrym stanie, wcale nie są nam już potrzebne. To ciekawe, jak z każdym miesiącem nasze plecak kurczą się i okazuje się, że potrzebujemy coraz mniej… Matka uśmiecha się szeroko i składając ręce na piersi, pochyla się w geście podziękowania. Odpowiadam jej tym samym.
Wychodząc z wioski , napotykamy raz jeszcze naszego gospodarza z synem. Czekają, by nas pożegnać kolejnym kieliszkiem Lao lao. Syn rysuje dla nas mapę do wsi Banna, w której chcemy zostać na noc.
Po serdecznym pożegnaniu ruszamy przed siebie.









