Xteink X4⌜ Technologia ⌟
Jestem fatalnym recenzentem. Po pierwsze, w mojej arogancji, wydaje mi się, że moja idiosynkratyczna osobowość nie nadaje się do roli sprzedawcy, a moje powody dla lubienia lub nie lubienia czegoś są nieprzetłumaczalne i niepomocne. Po drugie, wstydzę się popełnienia grzechu gadżeciarstwa, kupowania czegoś, co jest mi zbyteczne. Jest to w moich oczach grzech ciężki, grzech, który nie raz piętnuję w tekstach. Ale skoro się grzech popełniło, to trzeba się wyspowiadać, a że czasy inne, nie prywatnie, a publicznie.
Kilka tygodni temu wszechmogący algorytm, pewnie na okoliczność nowego roku, podetknął mi pod nos wideo z podsumowaniem wydarzeń w świecie czytników, czy dokładniej, urządzeń z e-inkiem. Obejrzałem go z ciekawością, kilka interesujących rzeczy, ale nic, czego mi w życiu potrzeba. Oglądając, w głowie prowadziłem sobie prywatną narrację w trybie cynika, „ja mam już urządzenie do notowania, które daje odczucie pisania jak na papierze, papier”. Jakoś pod koniec pokazano urządzenia, które można by zakwalifikować jako kieszonkowe czytniki książek. Były w kształcie telefonów, długie i wąskie, a gdy pokazano na nich tekst, stukałem się w głowę. Cóż za okropny format, w linii kilka wyrazów, a tekst długi jak wydruk z drukarki fiskalnej. Prawdziwa bzdura dla gadżeciarza, który zamiast odłożyć telefon na szafkę i popatrzeć w sufit kupuje kolejne urządzenie, które pomoże mu w „cyfrowym detoksie”.
Na końcu, pewnie w ramach ciekawostki, pokazano jakieś chińskie ustrojstwo. Format wyświetlacza poprawny, ale całość nie mogła być większa niż kartka w A7. Do czego to komu, musiałbym mieć okulary jak lunety. Potem zademonstrowano jaka jest idea, idea kompletnie zmyślona przez jakiegoś marketera, któremu położono na biurko taką zabaweczkę w nadziei, że przy dobrze dorobionej historyjce da się ją sprzedać hipsterom. Do tyłu czytnika można przytroczyć mały magnes i tą metodą przyczepić do tyłu iPhone. Wtedy uzyskujemy 2-w-1, z jednej strony koszmarne urządzenie do niszczenia umysłów, a z drugiej urządzenie, które możemy pokazać w pracy demonstrując, że się temu procesowi opieramy. Bzdury znaczy.
A tak wygląda kupione przez jakiegoś idiotę.
Kilka dni później dowiedziałem się, że jakaś sprytna osoba zbudowała do niego własny, otwarty, a co najważniejsze — dramatycznie lepszy — firmware. Poszedłem przeglądać kod źródłowy i okazało się, że całe to urządzenie to nic więcej jak mikrokontroler spięty z wyświetlaczem, zamknięty w całkiem gustownym opakowaniu. Sam kod jest zadziwiająco czytelny, napisany w C++ i kompiluje się normalnym kompilatorem, nie jakimś wydumanym. Byłem trochę zaciekawiony. Od lat próbuję jakoś wejść w robienie czegoś z mikrokontrolerami, ale odbijam się od tego jak piłka od ściany. Może to będzie ciekawy kąt ataku? Potem dowiedziałem się, że otwarty firmware ma integracje z Calibre. Utrzymuję na domowym serwerze instancję Calibre-web i bardzo mi się spodobała idea, że mógłbym spiąć jedno z drugim. Poszedłem więc szukać samego urządzenia i ostatecznie nabyłem je za około dwieście nowych polskich złotych.
Xteink X4, tak brzmi nazwa katalogowa, wydaje się być bardzo dobrze zrobione, a przynajmniej takie sprawia wrażenie w ręce. Ma swoją masę, klawisze są wygodne i przyjemne się je wciska, ekran jest dokładnie obsadzony. Nie spodziewałem się niczego, więc byłem zaskoczony wyciągając je z pudełka. Oryginalny chiński firmware wyglądał okropnie, na szczęście autorzy otwartego przygotowali prostą metodę podmianki jednego na drugi, stronę, na której można zainstalować Crosspoint przy użyciu przeglądarki. Za jednym zamachem dowiedziałem się dwóch rzeczy: że jest coś takiego jak WebSerial API, które pozwala JS komunikować się z urządzeniami serialo-podobnymi oraz tego, że Firefoks go nie wspiera1. Mogłem oczywiście wgrać oprogramowanie manualnie, ale chciałem zobaczyć jak to działa. Wzułem więc buty i mimo choroby podążyłem do muzeum, bo wiem, że Piotrek używa Chrome.
Działa doskonale i po może dziesięciu minutach Xteink został uwolniony z okowów wcześniejszego oprogramowania. Spakowałem się i wróciłem do domu.
Pierwsza misja: wrzucić jakieś książki. Urządzenie można podłączyć do WiFi (tylko 2.4 GHz) i używając nadanego mu adresu IP dostać się do prościutkiego systemu zarządzania plikami. Pobrałem kilka książek w jedynym wspieranym formacie, tj. epub i podłączyłem się do domowej sieci. Wpisywanie hasła było prawdziwą mordęgą, wirtualna klawiatura jest wprawdzie w układzie QWERTY, ale nawigacja przy pomocy guzików jest irytująca. Na boku klawisze nawigacji ruszają kursor w górę i dół, klawisze na froncie za to w lewo i prawo. Idealne do poruszania się po menu i czytania, fatalne do wprowadzania skomplikowanego hasła. Na szczęście jest to operacja jednorazowa, po czterech próbach udało się. Ekran wyświetlił informację, że urządzenie jest dostępne pod takim-to-a-takim adresem IP oraz kod QR dla ludzi, których mózg nie pomieści czterech ośmiobitowych wartości. Stworzyłem katalog, wrzuciłem kilka pozycji, wybranych głównie pod kątem różnorodności. Takie łatwiejsze do wyświetlenia oraz takie, które pewnie będą sprawiały problemy.
Zmniejszyłem rozmiar fontu do momentu, w którym rozmiar linii wydawał mi się rozsądny, wlazłem do łóżka i zacząłem jedyny ważny test: czy z tego da się czytać? Pomyślałem, że na małym ekranie należy zacząć małą formą, wybrałem więc kolekcję haiku i historyjek Santōka Taneday. Natychmiast odbiłem się od niej, silnik nie wspiera wyświetlania grafik w tekście, a do tego skomplikowane formatowanie powoduje, że co chwila witają mnie puste strony. No trudno.
It is enough for Santōka to be Santōka; for Santōka to survive as Santōka.
That is the true way.
Wgrałem swoje Marginalia, bo wiedziałem, że nie siliłem się specjalnie na wodotryski, wizja czytania własnego pisania w łóżku była jednak zbyt blisko masturbacji, „przekartkowałem” więc tylko kilka opowiadań i wszystko wydawało się być w porządku.
Ostatecznie padło na kompletny zbiór esejów de Montaigne'a. Wybrałem jeden i zacząłem czytać. Trochę przewrócony na bok, trochę na plecach trzymając tego mikrusa na wysokości klatki piersiowej. Esej był okropny, ale Michel nie miał od kogo ściągać formułki, więc trzeba mu wybaczyć. A mogę wydać taki osąd, bo przeczytałem cały. Po kilku stronach zapomniałem, że patrzę w taki skrawek ekranu i zagłębiłem się w lekturze. Byłem autentycznie zdziwiony, bo ani nie mam sokolego wzroku, ani nie byłem jakoś szczególnie ergonomicznie ułożony. Punkt dla ustrojstwa.
Na drugi dzień zabrałem czytnik do biura i postanowiłem, że puszczę go w dwóch pokojach, aby uzyskać opinię ludzi, którzy nie są mną, najlepszych ludzi. Wróciła do mnie opinia składająca się z siedmiu głosów powtarzających wariację „bardzo dobrze się z tego czyta”. Być może ludzie nabrali się na uroczą estetykę i daliby się szybciej pokroić niż przeczytać książkę w taki sposób? A może po prostu rzeczywiście nie jest najgorzej.
Integracja z Calibre wymaga wtyczki, a że nie chce mi się grzebać na serwerze, postanowiłem odłożyć to ad rem. Ręczne wrzucanie przez przeglądarkę jest tak wygodne, że nie widziałem nagłej potrzeby.
Co jeszcze można zrobić? Wybrać kroje fontów, czas wygaszania, wgrać własne obrazki do użycia w tym właśnie wygaszaczu, skonfigurować skróty klawiszowe przyśpieszające nawigację, sprawdzić dostępność aktualizacji i ją pobrać (podczas pisania tego tekstu pierwszy raz zerknąłem w to, była dostępna aktualizacja i pobrała się bez problemu).
Urządzenie ładuje się przez USB3, więc wasze ładowarki do telefonów dadzą radę. Czas pracy ciężko ocenić, da się jednak zauważyć, że tryb WiFi agresywnie drenuje baterię. Jest podobno slot kart SD, ale posiadam tylko karty o małych pojemnościach, potrzebne w muzeum do różnych urządzeń udających rozmaite peryferia oraz ćwierć terabajtowe, których pakować do środka nie warto. Pamięć wewnętrzna na tę chwilę mi wystarcza, nie jestem fanem „posiadania” tysiąca książek na czytniku, paraliż wyboru nie jest zmyślonym problemem.
Zobaczcie jaką mamy piękną A500, przeźroczysta obudowa, mechaniczna klawiatura. Na niej leży Kindle Paperwhite (na ekranie The Book of Japanese Folklore: An Encyclopedia of the Spirits, Monsters, and Yokai of Japanese Myth Tereski), a na nim Xteink; banana do skali nie miałem.
Werdykt? Nie kupujcie. Nie przyda wam się do niczego. Są lepsze, „normalniejsze” czytniki. Całość prezentuje się lepiej i działa lepiej niż mogłem sobie to wyobrazić, tradycyjnie, nie możemy pozwolić, aby plusy przysłoniły nam minusy. Oczywiście nie powstrzymam was, ale będzie mi przykro, że brodzicie ze mną w grzechu.
Mój Kindle zaczyna się psuć, być może to mnie lekko rozgrzesza. Może spróbuję używać Xteink jako mojego podstawowego czytnika i to złagodzi ból gadżeciarstwa? Ktoś bardzo ciekawy może mnie zapytać za miesiąc e-mailem, czy udało mi się skończyć jakiś dłuższy tekst. Choć tak po prawdzie, między nami, w tym roku przeczytałem siedem książek, wszystkie na papierze, jeśli Kindle nie znajduje miłości, ten mikrus też jej pewnie nie znajdzie.
Ten tekst sponsorowany jest przez grypę, pełnię i nieprzespaną noc. Grypa: prosto w płuco™! Zamów już dziś.
- Jest wtyczka, ale po chwili walki i przewidywalnych problemach („nie mogę pisać do USB”) postanowiłem, że nie chce mi się. ↩