Wartości nie chcą mi rosnąć a upłynęło już wystarczająco
dużo czasu, żeby zaczęło mnie to martwić. Czuję się fatalnie, nie mam sił usiąść,
nie mam sił rozmawiać. Dostaję codziennie zastrzyki: czynnik wzrostu. Ma on
pomóc mojemu szpikowi regenerować się po masakrze jaką przeszedł. Popalone
chemią błony śluzowe przełyku i układu pokarmowego nie pozwalają mi zjeść
posiłku bez bólu, wymiotów i biegunki. Leżę w łóżku odbierając jedynie bodźce
zmysłowe- ślepi, boli, drażni bębenki… Przygaszone światło za oknem kuje moje
ślepia. Zamykam oczy na cały dzień. Ruch dookoła mnie odbieram tylko uchem: wchodzą
pielęgniarki, wychodzą pielęgniarki, sanitariuszki przynoszą jedzenie, sanitariuszki
wynoszą jedzenie… Zbiór informacji z całego dnia to jedynie fale dźwiękowe,
powieki moje nie mają już sił sprzeciwiać się grawitacji a oślepione oko szybko
chce wrócić za ciemną kurtynę.
Leżę i czuję się taka strasznie ciężka. Plecy jak z
żelaza, sztywny kark, który nie chcę podnieść głowy, pięty wbijające się w
materac. Zaczynam czuć znany mi ból. To chyba odbyt- znowu on? Biedak jest już
wycieńczony biegunkami, też ma prawo do chwili słabości. Nie pękaj!- próbuję go
pocieszyć.
Pękł. Sam z siebie, wybrał właśnie to miejsce i czas,
kiedy jestem najsłabsza. Najbliższy przyjaciel mojego Odbytu- pan Proktolog-
powiedział mi, że szczelina odbytu to taka pierdoła jak wrastający paznokieć i
że często zdarza się podczas chemioterapii ale niestety nie da się jej
zapobiec. Niestety podczas przeszczepu szpiku, kiedy ma się zerowe wartości,
nic nie jest pierdołą. Mała szczelinka, która u normalnej zdrowej osoby od razu
by się zagoiła i nawet nie dałaby o sobie znać, u „przeszczepowca” to olbrzymi
krater, jak stąd do jądra ziemi. Nie goi się, bo nie ma w krwi odpowiednich
komórek- tynkarzy, który zaklepią pęknięcie w ścianie. Może też dojść do
poważnego zakażenia, bo nie ma komórek odpornościowych, które by pilnowały
wejścia do krwioobiegu i niszczyły każdego, kto chciałby je przekroczyć żeby
napsuć mi krwi. Wiem, że to poważna sprawa. Mój niepokój wzrasta a ból się
nasila.
Nie wiem, co ze sobą zrobić, ból jest coraz silniejszy,
nie pomaga zmienienie pozycji, nie pomagają kroplówki z środkiem
przeciwbólowym. Jestem na granicy płaczu. Ból jest coraz silniejszy, pulsuje,
nie wiem już, gdzie jest jego źródło, rozrywa mi ciało. Nie mogę się ruszyć,
nie potrafię choćbym chciała, lekarze interweniują ale to nic nie daje. Panie z
sali obok zamykają drzwi, żeby nie słyszeć mojego krzyku. Nigdy nie miałam do
czynienia z takim bólem, lekarze dokładają mi kroplówek. Opioidowe środki
przeciwbólowe również nie działają.
Poznałam ten rodzaj bólu, który prowadzi do rozpaczy.
Chciałabym stracić przytomność. Mijają godziny, mija noc. Ból jest nie do zniesienia,
nie potrafię wpłynąć na niego moją wolą, nie daje mi spokoju ani na chwilę.
Pęta każdą moją myśl, buduje złudzenie nieskończoności, ogarnia całe moje
ciało. Nie mogę się ruszyć, leże na boku już od kilku dni a ból razem ze mną.
Nie jem i nie piję, byleby nie musieć korzystać z toalety. Gorączkuję, leżę
nieruchoma, panie pielęgniarki myją mnie. Jestem niesamodzielna, musiałam
przyznać się do tego, przełamać wstyd i dać sobie umyć tyłek.
Mijają dni, odwiedza mnie sztab lekarzy z profesorką na
czele.
- Pani Marzeno, jak dobrze, że nie zrobiliśmy Pani tego
alloprzeszczepu a zdecydowaliśmy się na auto. Gdyby nie Pani mama, gdyby nie
jej wątpliwości… Nie byłoby już Pani z nami. Później pokiwała głową w
zamyśleniu, jak gdyby wyobrażała sobie, jak tragicznie mogłoby się to skończyć.
I dodała:
- Nie możemy zrobić pani alloprzeszczepu…
- Jak to? – spytałam przerażona. Wiem przecież, że
przeszczep od dawcy miał być moją ostatnią szansą na wyzdrowienie a te
autoprzeszczepy to tylko przygotowanie do niego.
Pani profesor wyszła zostawiając mnie bez odpowiedzi.
Poczułam jakbym usłyszała wyrok śmierci bez prawa odwołania. Poprosiłam swoją
lekarkę, aby ze mną została. Wybuchłam płaczem. Wiem, że ten i późniejszy
autoprzeszczep miały mnie tylko przygotować pod alloprzeszczep. Lekarze mówili,
że kolejne autoprzeszczepy prawdopodobnie niewiele pomogą, ale być może
sprawią, że przeszczep od dawcy będzie bezpieczniejszy i być może on mnie
wyleczy. Powiedzieli też, że dłużej nie mogę być leczona tak silną i toksyczną
chemią, bo prędzej umrę z powodu jej powikłań niż z powodu samego chłoniaka.
Alloprzeszczep miał być zatem moją ostatnią szansą na zdrowie.
- Jak nie alloprzeszczep to co?- Pytam lekarkę mając nadzieję, że powie mi, że
pani profesor to kłamczucha. - Nie wiem - odpowiedziała zakłopotana - Może
chemia podtrzymująca- dodała. - Czyli biorę chemię tak długo jak zdołam a potem
umrę? Umrę?- powtórzyłam. - Każdy umrze- odpowiedziała wymijająco lekarka.
Shake’a ze strachu, szoku i bólu wypiłam na raz, prawie dławiąc się ilością. Wiem, że alloprzeszczep, kiedy tak fatalnie przechodzę
autoprzeszczepy, byłoby w tej chwili dla mnie niebezpieczny jak skok bungie na gumie z
majtek. Powoli dochodzi do mnie również to, że gdyby to był alloprzeszczep a nie
auto, to by mnie tu już nie było... Nie byłoby mnie tu. Jak to możliwe, że mogłoby
mnie nie być? O mały włos, prawie, Bogu dzięki. Kwestia jednej trafnej decyzji.
Jednak Jestem- jakie to nieoczywiste.
Leżę w łóżku i płaczę. Ból związany ze szczeliną odbytu
nie niknie, ale teraz nawet on oddał pałeczkę prawdziwej gehennie duszy. A więc
umrę. Raczej prędzej, niż później. Choruję już wystarczająco długo aby
przetrawić temat śmierci i wydawało mi się, że jest już strawiony. Czułam się
już w miarę pogodzona ze śmiercią, nie wypierałam jej, nie trzymałam się
kurczowo tego, że muszę wyzdrowieć i o innej opcji nie chcę słyszeć. Walczyłam
i byłam nastawiona na wygraną ale chciałam być również gotowa na zejście z
boiska. Oswajałam śmierć, aby się jej nie bać. Myślałam, że trzymam ją w
karbach. Rzeczywistość okazała się inna kiedy śmierć przestała być już dla mnie
tylko lękiem tanatycznym do dywagowania, ale stała się rzeczywista, tutejsza i
bliska jak podkoszulka. Kiedy poczułam tak ogromny ból fizyczny, tak długi i
nieznośny, kiedy poczułam tak olbrzymią bliskość śmierci to ogarnął mnie
strach, którego nie potrafię nakreślić żadnymi słowami. Byłam wtedy sama. Tak
długo i nieznośnie. Nie pomógł psycholog ani tabletki uspokajające. I wtedy
pękłam. Przed lekarzami, przed pielęgniarkami,
przed księdzem... Wyjęczałam, wypłakałam jak bardzo nie chce umierać, jak
bardzo się tego boję, że nie chcę odchodzić nieprzygotowana, że sama nie
potrafię się przygotować. Teraz żałuję, że nie pękłam wcześniej, dostałam
bowiem taką pomoc, jakiej bym sobie nie wyśniła, pomoc, na którą nie pozwoliłam
sobie wcześniej, bo liczyłam tylko na
siebie. Zosia Samosia.
Zosie Samosie zastrzeliłam. Dałam sobie pozwolenie na
bycie smutną, na bycie potrzebującą. To wszystko zmieniło. Rozmowy z
pielęgniarkami i lekarzami przestały być już tylko obrotem informacjami a
codzienne spotkania z księdzem jedynie wymianą grzeczności. Dostałam tak
mnóstwo ciepła, te szczere rozmowy, przytulenie przez zapłakaną pielęgniarkę,
wspólna modlitwa... Odżywam, powoli zaczynam sklejać swoje załamania. Wyspowiadałam
się i przyjęłam sakrament chorych. Ksiądz okazał się być najwłaściwszym
człowiekiem na najwłaściwszym miejscu. Bez jego wiary, która podbudowała moją,
nie dałabym rady. Rozmowy o śmierci, o hospicjum, o tym jak się umiera stały
się normalne jak rozmowy o tym, co na obiad. I modlitwa. Mnóstwo modlitwy,
mnóstwo Boga, mnóstwo Miłości. Nigdy już nie chce żyć bez Boga.
Nie wiem nawet, jak nazywa się ksiądz, który mnie odwiedza,
ale wiem jedno- ten ksiądz żyje miłością. Przeprowadziliśmy mnóstwo trudnych
rozmów. Od kilku dni zadaje mu multum pytań, jak dzieciak, który pierwszy
raz usłyszał o Bogu. Było jeszcze jedno pytanie, które mnie trapiło, ale nie
zadawałam go, bo bałam się odpowiedzi. W końcu zdobywam się na odwagę, napinam
się…
- Czy Ksiądz jest wzywany kiedy pacjent umiera? – spytałam,
udając opanowaną.
- Nie.
To było dla mnie wstrząsające słowo na trzy litery.
Rozpłakałam się i powiedziałam, że nie chcę być sama jeśli będzie mi dane umrzeć
w szpitalu…
- Przecież Jezus z Tobą będzie!- odpowiedział z takim
przekonaniem, jak gdyby było to tak oczywiste, że aż dziw, że o to pytam.
Erupcja moich kanalików łzowych była tak gwałtowna, że
myślałam, że tylko dzieci tak potrafią. Zalałam się łzami w mig.
Do szpitala zabrałam sobie tomik wierszy Z. Krasińskiego.
Nowy nabytek. Wzięłam na ślepo, bo był za grosze. Trafiłam tam na wiersz, który
tu- między zimną podłogą a białym sufitem- stał się moim wytchnieniem i modlitwą.
Modlitwa, żeby umrzeć młodą
Dozwól, Panie, bym zniknęła jak kwiat, ścięty kosą o
południu - bym nie więdnęła w wieczornej żałobie.
Dzieci moje jak rozwiną się na podobieństwo pączków
pękających, przechodzących w róże, wtedy czas mi odejść, Panie!
O, skróć pielgrzymkę moją - umniejsz chwil starości próbie
mojej!
Duch mój w świeżości niech oderwie się od świeżego ciała!
Niech umieram w pełności sił!
Niech konam w latach, w których Syn Twój skonał - niechaj
nie przeżywam siebie samej!
Niechaj nie słyszę głosów ludzkich, mówiących o mnie,
jakom była kiedyś!
O jesieni życia niechaj odlecę jak liście borów, jak
kwiaty łąk, jak motyle kwiatów!
Zimy ciemnej, zimy martwej nie nasyłaj na mnie, o miłości
moja!
Nie karaj mnie tym, czym ukarałeś starców - przywiązaniem
do ziemi!
Nie każ mi z wolna stąpać ku trumnie i co krok obzierać
się na niwy zielone, na błonia przeszłości!
Udaruj mnie statkiem i niebo jaźnią śmierci!
Wlej we mnie wiarę, że tam młodość bez końca, że tam
życie wiośniane!
Niechaj czuję, że dni mi ubywa, a że mi coraz spieszniej
ku Tobie!
Nie dopuść, bym zwiędłymi wieńcami igrać miała, jakom
igrała o świcie wieku mojego!
Daj, daj mi umrzeć młodą! Daj, bym z wiosny ziemskiej
przeszła do niebieskiej, jak akord, co z niższego w wyższy ton się przewija - jak promień w tęczy, co z słabszej barwy w ognistszą się podnosi — jak myśl
natchniona, co w jednej chwili staje się porywającą, wielką, nieśmiertelną!
Błogosławić Ci będę w chwili zgonu mego - ale jeśliś mi
przeznaczył długie dni, długie męczeństwo,
O Panie, niechaj stanie się wola Twoja, a nie moja. - Amen.